Oddałam wszystko dla Kamila — a on zostawił mnie na oczach wszystkich

— To koniec, Marto. Przepraszam, ale nie mogę już dłużej udawać — głos Kamila odbijał się echem w auli Collegium Medicum. Wszyscy patrzyli na nas, a ja czułam, jak moje serce pęka na milion kawałków. Właśnie skończyła się uroczystość absolutorium. Kamil miał na sobie granatową togę, a ja trzymałam w rękach bukiet róż, który kupiłam za ostatnie pieniądze. Przez chwilę miałam nadzieję, że to żart. Że zaraz się uśmiechnie i powie, że mnie kocha. Ale on patrzył na mnie obojętnie, jakbyśmy byli sobie zupełnie obcy.

Nie pamiętam, jak wyszłam z tej sali. Ludzie szeptali za moimi plecami, ktoś próbował mnie pocieszyć, ale nie słyszałam słów. Wszystko we mnie krzyczało: „Dlaczego?!” Przecież oddałam mu wszystko. Pracowałam po nocach w kawiarni, żeby opłacić jego czesne i wynajem mieszkania w Krakowie. Odkładałam każdy grosz, rezygnowałam z własnych studiów i marzeń o ASP, bo wierzyłam, że kiedy Kamil zostanie lekarzem, będziemy razem szczęśliwi. Miałam być jego żoną, matką jego dzieci. A teraz zostałam z niczym.

Wróciłam do naszego mieszkania — choć już chyba powinnam mówić „jego”. Wszędzie leżały jego książki i notatki, na lodówce wisiały nasze wspólne zdjęcia z Mazur i sylwestra w Zakopanem. Usiadłam na podłodze i płakałam tak długo, aż zabrakło mi łez. W głowie miałam tylko jedno pytanie: jak mogłam być tak ślepa?

Kamil był moją pierwszą miłością. Poznaliśmy się na imprezie u wspólnych znajomych jeszcze w liceum. Był zabawny, ambitny, miał wielkie plany. Od początku mówił, że chce zostać lekarzem i pomagać ludziom. Zakochałam się w nim bez pamięci. Kiedy dostał się na medycynę w Krakowie, byłam z niego dumna jak nikt inny. On martwił się o pieniądze — jego rodzina nie była zamożna — więc obiecałam mu pomóc. „Razem damy radę”, powtarzałam.

Moja mama ostrzegała mnie: „Marto, nie możesz żyć tylko dla niego. Pamiętaj o sobie.” Ale ja nie słuchałam. Pracowałam na dwa etaty — rano w kawiarni przy Rynku, wieczorami sprzątałam biura. Spałam po cztery godziny na dobę. Kamil był wdzięczny… przynajmniej na początku. Potem coraz częściej wracał późno do domu, tłumaczył się nauką albo dyżurami w szpitalu. Zaczęły się kłótnie o drobiazgi: że jestem zmęczona, że nie mam czasu dla niego.

Ostatni rok był najtrudniejszy. Czułam się coraz bardziej samotna. Przyjaciółki mówiły mi, że powinnam pomyśleć o sobie, ale ja nie umiałam odpuścić. Przecież tyle już zainwestowałam w ten związek! Wierzyłam, że kiedy Kamil skończy studia, wszystko się zmieni.

A potem przyszedł dzień absolutorium. Kupiłam nową sukienkę na raty, żeby wyglądać ładnie obok niego na zdjęciach. Marzyłam o tym dniu od lat — miał być początkiem naszego nowego życia. Zamiast tego dostałam publiczne upokorzenie.

Po rozstaniu przez kilka tygodni nie wychodziłam z domu. Nie odbierałam telefonów od mamy ani przyjaciółek. Czułam się jak idiotka — wykorzystana i porzucona. Kamil nawet nie próbował się ze mną skontaktować. Dowiedziałam się od wspólnych znajomych, że spotyka się z koleżanką z roku — piękną blondynką z bogatej rodziny.

Zaczęły się problemy finansowe. Nie miałam już oszczędności ani pracy — kawiarnię zamknęli przez pandemię, a sprzątanie biur przestało wystarczać na czynsz. Musiałam wyprowadzić się do wynajmowanego pokoju na obrzeżach miasta. Każdego dnia budziłam się z myślą: „Po co to wszystko?”

Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie mama.
— Marto, musisz przestać żyć przeszłością. Jesteś młoda, utalentowana… Nie pozwól jednemu człowiekowi zniszczyć sobie życia.

Te słowa coś we mnie przełamały. Postanowiłam spróbować wrócić do malowania — mojego największego marzenia sprzed lat. Zaczęłam szkicować w wolnych chwilach, najpierw nieśmiało, potem coraz odważniej. Wrzuciłam kilka prac na Instagram i ku mojemu zdziwieniu pojawiły się pierwsze pozytywne komentarze.

Z czasem znalazłam pracę w małej galerii sztuki na Kazimierzu. Poznałam tam ludzi z pasją — takich jak ja kiedyś byłam. Zaczęliśmy organizować wspólne wystawy i warsztaty dla dzieciaków z trudnych rodzin. Powoli odzyskiwałam wiarę w siebie i ludzi.

Kamil próbował odezwać się raz — napisał krótki mail z przeprosinami i życzeniami powodzenia. Odpisałam mu tylko: „Dziękuję za wszystko, czego mnie nauczyłeś.” I to była prawda — nauczył mnie nie ufać ślepo nikomu poza sobą.

Dziś wiem, że życie potrafi być okrutne i niesprawiedliwe. Ale wiem też, że można podnieść się nawet po największym upokorzeniu. Nadal boję się zaufać komuś tak jak kiedyś Kamilowi… Ale czy to znaczy, że już nigdy nie powinnam próbować? Czy warto jeszcze wierzyć w ludzi po takim zawodzie? Może ktoś z was zna odpowiedź…