Śmiech przyjaciół i gotowe obiady mojego chłopaka – czy to ja przesadzam?
– Znowu gotujesz dla Bartka? – zapytała z przekąsem Anka, kiedy opowiadałam dziewczynom o naszym ostatnim wieczorze. Siedziałyśmy w mojej ulubionej kawiarni na Mokotowie, a ja czułam, jak rumieniec wstydu rozlewa mi się po policzkach. – No tak, a co mam zrobić? Przecież nie zamówię mu pizzy za każdym razem, kiedy przychodzi – próbowałam się bronić, ale dziewczyny już zaczęły się śmiać.
– Może następnym razem niech przyniesie własny obiad w pudełku! – rzuciła Magda, a reszta wybuchła śmiechem. Poczułam się, jakby ktoś wbił mi szpilkę prosto w serce. Czy naprawdę robię z siebie idiotkę? Czy to takie dziwne, że chcę zadbać o chłopaka?
Bartek jest cudowny. Poznaliśmy się na uczelni, kiedy oboje przypadkiem trafiliśmy na ten sam wykład z psychologii społecznej. Od razu złapaliśmy kontakt – on żartował, ja się śmiałam, a potem już jakoś poszło. Po kilku miesiącach randek, kaw, spacerów i wspólnych filmów, zaczęliśmy spędzać coraz więcej czasu u mnie. Bartek mieszka z rodzicami w bloku na Ursynowie, ja wynajmuję kawalerkę na Ochocie. To u mnie jest swoboda, cisza, nikt nie wchodzi bez pukania.
Zawsze po kinie czy kawie wracaliśmy do mnie. On siadał na kanapie, a ja w kuchni szykowałam kolację – makaron, sałatka, czasem coś bardziej wymyślnego. Rano śniadanie, jajecznica, tosty, kawa. Bartek zawsze jadł z apetytem, chwalił, mówił, że nigdzie nie je tak dobrze jak u mnie. To było miłe, ale z czasem zauważyłam, że coraz częściej muszę robić większe zakupy, bo jedzenia ubywało w zastraszającym tempie. Zaczęłam liczyć wydatki i okazało się, że na jedzenie wydaję prawie dwa razy więcej niż wcześniej.
Na początku nie zwracałam na to uwagi – przecież to normalne, że gotuję dla nas obojga. Ale kiedy po raz kolejny musiałam wybierać między obiadem a rachunkiem za prąd, poczułam, że coś jest nie tak. Bartek nigdy nie zaproponował, że dorzuci się do zakupów. Zawsze płaciliśmy po połowie za kino czy kawę, ale w domu to ja byłam gospodynią, kucharką i sponsorem jedzenia.
Zapytałam o radę dziewczyny. Myślałam, że mnie zrozumieją, ale ich reakcja była zupełnie inna. – Przesadzasz – powiedziała Anka. – To tylko jedzenie. Poza tym, jeśli chcesz być z facetem, musisz się liczyć z tym, że faceci jedzą więcej. – Ale ja nie zarabiam tyle, żeby utrzymywać dwóch ludzi! – próbowałam tłumaczyć, ale one tylko wzruszyły ramionami.
Wieczorem, kiedy Bartek przyszedł do mnie znowu, nie mogłam przestać o tym myśleć. Siedział na kanapie, oglądał mecz, a ja w kuchni kroiłam warzywa na sałatkę. W końcu zebrałam się na odwagę.
– Bartek, mogę cię o coś zapytać? – zaczęłam niepewnie.
– Jasne, co jest? – spojrzał na mnie z uśmiechem.
– Wiesz, ostatnio zauważyłam, że coraz więcej wydaję na jedzenie, bo często u mnie jesz. Może mógłbyś się czasem dorzucić do zakupów? – powiedziałam, starając się, żeby zabrzmiało to jak najłagodniej.
Bartek zamilkł. Przez chwilę patrzył na mnie, jakby nie rozumiał, o co mi chodzi. – Ale przecież zawsze płacimy po połowie za wszystko na mieście – odpowiedział w końcu. – Myślałem, że to normalne, że jak jesteśmy u ciebie, to ty gotujesz.
– No tak, ale to ja płacę za jedzenie, z którego gotuję. U ciebie w domu twoja mama gotuje i kupuje jedzenie, prawda? – zapytałam.
– No tak, ale to co, mam ci przynosić gotowe obiady od mamy? – zaśmiał się, ale w jego głosie wyczułam irytację.
– Nie o to chodzi. Po prostu… może moglibyśmy się jakoś podzielić kosztami? Albo czasem razem zrobić zakupy? – zaproponowałam.
Bartek wzruszył ramionami. – Dobra, jak chcesz, mogę ci dawać kasę na jedzenie. Ale trochę to dziwne, nie sądzisz?
Poczułam się okropnie. Czy naprawdę jestem taka małostkowa? Czy to ja robię problem z niczego? Przez resztę wieczoru atmosfera była napięta. Bartek był cichy, ja też nie miałam ochoty na rozmowę. Kiedy wyszedł, usiadłam na łóżku i zaczęłam płakać. Czułam się niezrozumiana, samotna, jakby cały świat był przeciwko mnie.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie mama. – Coś się stało, kochanie? – zapytała od razu. – Słyszę po głosie, że jesteś smutna.
Opowiedziałam jej wszystko. Mama westchnęła. – Wiesz, kiedy byłam młoda, też miałam chłopaka, który uważał, że wszystko mu się należy. To nie jest kwestia pieniędzy, tylko szacunku. Jeśli Bartek nie rozumie, że związek to partnerstwo, to może warto się zastanowić, czy chcesz z nim mieszkać.
Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę chcę iść dalej w tym związku. Bartek był miły, zabawny, ale czy potrafiłby być partnerem na dobre i na złe? Czy będzie umiał zadbać o mnie, kiedy sama nie dam rady?
Kilka dni później spotkaliśmy się znowu. Bartek przyszedł z reklamówką pełną gotowych dań – pierogi, kotlety, sałatki. – Proszę, żebyś nie musiała gotować – powiedział z wymuszonym uśmiechem. – I żeby nie było, że nie dorzucam się do jedzenia.
Poczułam się jeszcze gorzej. To nie o to chodziło. Chciałam, żebyśmy razem tworzyli dom, razem gotowali, razem dzielili się obowiązkami i kosztami. A on potraktował to jak żart, jakby chciał mi udowodnić, że przesadzam.
Wieczorem, kiedy siedzieliśmy przy stole i jedliśmy te zimne pierogi, nie mogłam powstrzymać łez. – Bartek, ja nie chcę, żebyś przynosił gotowe jedzenie. Chcę, żebyśmy byli partnerami, żebyśmy razem dbali o nasz związek. Czy to naprawdę takie trudne do zrozumienia? – zapytałam cicho.
Bartek spojrzał na mnie zaskoczony. – Przecież się staram. Przyniosłem jedzenie, żeby ci ulżyć. Czego jeszcze chcesz?
– Chcę, żebyś mnie rozumiał. Żebyś widział, że mi też jest ciężko. Że nie chodzi tylko o pieniądze, ale o to, żebyśmy byli razem, a nie obok siebie – odpowiedziałam.
Nie wiem, co będzie dalej. Może przesadzam, może powinnam odpuścić. Ale czy naprawdę w związku trzeba zawsze udawać, że wszystko jest w porządku? Czy nie lepiej czasem powiedzieć, co nas boli, nawet jeśli inni się z tego śmieją?
Czasem zastanawiam się, czy to ja jestem zbyt wymagająca, czy po prostu oczekuję szacunku i partnerstwa. Czy naprawdę tak trudno być razem na równych zasadach? Co wy o tym myślicie?