Cień przeszłości: dramat w sercu Mariny
Wszystko zaczęło się od trzaśnięcia drzwiami. Był listopadowy wieczór, a ja – Marta – stałam w kuchni, mieszając zupę dla syna i męża. W powietrzu unosił się zapach koperku i pieczonego chleba, ale w mojej głowie kłębiły się myśli, których nie potrafiłam uciszyć. Gdy tylko usłyszałam kroki na korytarzu, poczułam znajome ukłucie niepokoju.
– Jesteś już? – zawołałam do męża, próbując zabrzmieć zwyczajnie.
Ale Piotr nie odpowiedział. Wszedł do kuchni z miną, jakiej dawno u niego nie widziałam – zamyślony, jakby coś go gryzło. Usiadł ciężko przy stole i przez chwilę patrzył w okno na ciemniejące niebo.
– Coś się stało? – zapytałam cicho.
– Wiesz… Dzisiaj w pracy pojawiła się nowa osoba. I… to była ona. Sylwia. – Jego głos zadrżał.
Sylwia. Imię, które przez lata było dla mnie tylko cieniem w opowieściach Piotra. Jego pierwsza wielka miłość z liceum, ta, która złamała mu serce i przez którą długo nie potrafił zaufać żadnej kobiecie. Wiedziałam o niej wszystko – a raczej wszystko, co chciał mi powiedzieć. Ale nigdy nie sądziłam, że wróci do naszego życia.
– Sylwia? – powtórzyłam głucho. – Przecież ona wyjechała do Warszawy…
– Wróciła. Pracuje teraz w naszym oddziale. I… wygląda tak samo jak kiedyś.
Poczułam, jak robi mi się słabo. Przez chwilę miałam ochotę rzucić łyżką o blat i wybiec z domu. Ale zamiast tego zaczęłam nerwowo kroić marchewkę, udając, że nic mnie to nie obchodzi.
– I co? Rozmawialiście?
– Tylko chwilę. Przywitała się… Zapytała o ciebie i o Antka.
– O mnie? – prychnęłam. – Ciekawe, dlaczego nagle ją to interesuje.
Piotr spuścił wzrok. Wiedziałam, że coś ukrywa. Zawsze miał problem z kłamaniem – jego oczy zdradzały wszystko.
Wieczorem nie mogłam zasnąć. Piotr leżał obok mnie sztywno jak deska, a ja słyszałam tylko własny przyspieszony oddech i bicie serca. W głowie pojawiały się obrazy: on i Sylwia razem na kawie, śmiejący się do siebie jak dawniej…
Następnego dnia zadzwoniła moja mama.
– Martuśka, wszystko w porządku? Słyszałam od sąsiadki, że Piotr wraca ostatnio później z pracy…
Zacisnęłam zęby. Mama zawsze miała swoje źródła informacji.
– Tak, wszystko dobrze – skłamałam.
– Uważaj na niego – powiedziała nagle poważnie. – Mężczyźni czasem tęsknią za tym, co stare i znajome…
Zamknęłam oczy. Nie chciałam słuchać jej rad, ale jej słowa utkwiły mi w głowie jak drzazga.
W pracy Piotr coraz częściej zostawał po godzinach. Tłumaczył się nowymi projektami i napiętą atmosferą w firmie. Ale ja czułam, że coś jest nie tak. Zaczęłam sprawdzać jego telefon, szukać śladów wiadomości od Sylwii. Nic nie znalazłam – był ostrożny albo naprawdę niczego między nimi nie było.
Pewnego wieczoru wrócił wyjątkowo późno. Siedziałam już w salonie z Antkiem na kolanach, próbując czytać mu bajkę.
– Przepraszam… – zaczął Piotr niepewnie.
– Gdzie byłeś? – przerwałam mu ostro.
– Musiałem zostać dłużej… Sylwia miała problem z komputerem i poprosiła mnie o pomoc.
Wyprostowałam się gwałtownie.
– Naprawdę? I tylko dlatego wracasz po dwudziestej drugiej?
Piotr westchnął ciężko.
– Marta, przestań… To tylko praca!
– Praca? Czy może sentymenty?
Wybuchła między nami kłótnia jakiej dawno nie było. Krzyczałam o wszystkim: o Sylwii, o jego tajemnicach, o tym, że czuję się niewidzialna i niepotrzebna. On próbował tłumaczyć się nerwowo, ale każde jego słowo tylko dolewało oliwy do ognia.
Następnego dnia spakowałam kilka rzeczy i pojechałam z Antkiem do mojej mamy. Potrzebowałam oddechu. Mama przyjęła mnie bez słowa – tylko przytuliła mocno i podała kubek gorącej herbaty.
– Czasem trzeba pozwolić mężczyźnie zatęsknić – powiedziała cicho.
Przez kilka dni Piotr dzwonił codziennie. Przepraszał, błagał o rozmowę. W końcu zgodziłam się spotkać.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie w naszej ulubionej kawiarni na rynku w Opolu. Padał deszcz, a ja czułam się jak bohaterka taniego melodramatu.
– Marta… Nigdy cię nie zdradziłem – zaczął cicho. – Sylwia to przeszłość. Pomogłem jej raz czy dwa, bo tego wymagała sytuacja w pracy. Ale to wszystko.
Patrzyłam mu prosto w oczy.
– A jeśli ona będzie próbowała wrócić do twojego życia?
Piotr złapał mnie za rękę.
– Nie pozwolę na to. Jesteś moją rodziną. Kocham cię.
Chciałam mu wierzyć. Naprawdę chciałam… Ale cień Sylwii wisiał nad nami jeszcze długo.
Wróciłam do domu z Antkiem po tygodniu. Przez kolejne miesiące uczyliśmy się na nowo rozmawiać ze sobą bez podejrzeń i niedomówień. Ale coś we mnie pękło na zawsze – już nigdy nie byłam tą samą Martą co wcześniej.
Najgorsze przyszło kilka miesięcy później, gdy Sylwia zaprosiła Piotra na swoje urodziny do restauracji pod pretekstem integracji zespołu. Dowiedziałam się o tym przypadkiem od koleżanki z pracy mojego męża.
Tego wieczoru czekałam na niego do północy. Gdy wrócił, był blady jak ściana.
– Byłem tylko godzinę – tłumaczył się nerwowo. – Nic się nie wydarzyło!
Ale ja już wiedziałam swoje. Zaczęliśmy żyć obok siebie – on zamknięty w swoim świecie pracy i obowiązków, ja skupiona na Antku i domu.
W końcu przyszedł dzień, gdy musiałam wybrać: albo będziemy walczyć o naszą rodzinę razem, albo pozwolimy przeszłości nas rozdzielić na zawsze.
Usiedliśmy przy kuchennym stole późnym wieczorem.
– Piotrze… Ja już tak dłużej nie mogę – powiedziałam drżącym głosem. – Albo zaczniemy sobie ufać od nowa, albo…
Nie dokończyłam zdania. On tylko skinął głową i po raz pierwszy od miesięcy rozpłakał się przy mnie jak dziecko.
Dziś wiem jedno: cień przeszłości nigdy całkiem nie znika. Ale to od nas zależy, czy pozwolimy mu rządzić naszym życiem.
Czy można naprawdę wybaczyć i zapomnieć? Czy każda rodzina musi przejść przez swój własny dramat? Jak wy byście postąpili na moim miejscu?