Dlaczego ci potrzeba jeszcze jednego mieszkania, skoro masz już cztery?

— Dlaczego ci potrzeba jeszcze jednego mieszkania, skoro masz już cztery? — krzyknęłam przez łzy, patrząc na moją siostrę Tamarę, która stała w progu naszego mieszkania z zimnym wyrazem twarzy. Mama siedziała obok mnie na kanapie, skulona, jakby chciała zniknąć. W powietrzu wisiała cisza, która bolała bardziej niż każde słowo.

Tamara westchnęła teatralnie i spojrzała na mnie z góry. — Julia, nie rozumiesz. To nie chodzi o ciebie. Po prostu… to mieszkanie należy się mnie. Tata zapisał je na mnie w testamencie. Ty i mama możecie znaleźć coś innego. Przecież jesteście dorosłe.

Poczułam, jak świat mi się wali. To był nasz dom od zawsze — tu stawiałam pierwsze kroki, tu mama piekła najlepsze serniki na święta, tu tata uczył mnie jeździć na rowerze po korytarzu. Tamara od lat mieszkała w Warszawie, miała własną firmę i cztery mieszkania na wynajem. My z mamą ledwo wiązałyśmy koniec z końcem po śmierci taty. A teraz ona chciała nas wyrzucić.

— Tamara, błagam cię — głos mamy był cichy i drżący. — Przecież to nasz jedyny dom. Gdzie pójdziemy?

Tamara wzruszyła ramionami. — Możecie wynająć coś mniejszego. Albo zamieszkać u cioci Haliny na wsi. Ja potrzebuję tego mieszkania dla siebie.

— Dla siebie? — powtórzyłam z niedowierzaniem. — Przecież nawet tu nie mieszkasz! Masz apartament na Mokotowie, dwa mieszkania w centrum i kawalerkę na Żoliborzu! Po co ci jeszcze to?

Tamara spojrzała na mnie chłodno. — To nie twoja sprawa. Tata tak zdecydował.

Wybiegłam do swojego pokoju i zatrzasnęłam drzwi. Łzy płynęły mi po policzkach. Czułam się zdradzona przez własną siostrę, przez los, przez ojca, który zawsze powtarzał, że rodzina jest najważniejsza. Jak mógł zostawić wszystko Tamarze? Czy naprawdę by tego chciał?

Przez kolejne dni atmosfera w domu była nie do zniesienia. Mama chodziła jak cień, nie jadła, nie spała. Ja próbowałam znaleźć jakieś rozwiązanie — dzwoniłam do prawnika, szukałam informacji w internecie, pytałam znajomych o rady. Ale testament był jasny: mieszkanie należy do Tamary.

Pewnego wieczoru usiadłyśmy z mamą przy kuchennym stole. Patrzyłyśmy na siebie w milczeniu.

— Może powinnam porozmawiać z Tamarą jeszcze raz — powiedziała mama cicho. — Może da się ją przekonać…

— Ona już podjęła decyzję — przerwałam jej gorzko. — Dla niej liczą się tylko pieniądze.

Mama spuściła głowę. — Może to moja wina… Może źle ją wychowałam…

— Mamo, przestań! To nie twoja wina! — wybuchłam. — To ona jest dorosła i sama podejmuje decyzje.

Następnego dnia Tamara przyszła z nowym pomysłem: zaproponowała nam „symboliczną” kwotę za wyprowadzkę. Kwota była śmiesznie niska — nawet nie starczyłaby na kaucję za nowe mieszkanie w Krakowie.

— To wszystko, co mogę wam dać — powiedziała bez cienia emocji.

— Tamara, czy ty naprawdę nie widzisz, co robisz? — zapytałam drżącym głosem. — Rozbijasz rodzinę przez pieniądze!

— Rodzina rodziną, ale życie to życie — odpowiedziała zimno. — Każdy musi dbać o siebie.

Wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że nie przekonam jej żadnymi argumentami ani łzami. Zaczęłam szukać pracy na dwa etaty, żebyśmy mogły z mamą wynająć choćby małą kawalerkę na obrzeżach miasta. Mama coraz częściej płakała po nocach, a ja czułam się coraz bardziej bezradna.

W pracy byłam cieniem samej siebie — myśli krążyły wokół tego, co będzie dalej. Koleżanki pytały, czy wszystko u mnie w porządku, ale nie miałam siły tłumaczyć im całej tej rodzinnej tragedii.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie ciocia Halina.

— Julia, słyszałam o wszystkim od twojej mamy… Jeśli chcecie, możecie zamieszkać u mnie na wsi. Nie mam wiele miejsca, ale zawsze znajdzie się dla was kąt.

Podziękowałam jej ze łzami w oczach, ale wiedziałam, że mama nie zniesie życia z dala od miasta i swoich przyjaciółek z osiedla.

Tymczasem Tamara zaczęła przychodzić coraz częściej z nowymi „ofertami” i groźbami sądowymi. Czułam się jak intruz we własnym domu.

W końcu nadszedł dzień wyprowadzki. Spakowałyśmy nasze rzeczy do kilku walizek i kartonów. Mama płakała bezgłośnie przez całą drogę do nowego mieszkania na peryferiach Krakowa.

Tamara nawet nie przyszła się pożegnać.

Siedząc wieczorem na nowej kanapie w ciasnej kawalerce, patrzyłam na mamę i czułam pustkę większą niż kiedykolwiek wcześniej.

Czy naprawdę tak wygląda rodzina? Czy pieniądze mogą być ważniejsze niż wspomnienia, miłość i bezpieczeństwo? Czy można jeszcze odbudować coś, co zostało tak brutalnie zniszczone?

Czasem zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy warto walczyć do końca o dom i rodzinę – nawet jeśli druga strona już dawno przestała być rodziną?