Drugie życie: Historia Marii z Otwocka
Drzwi trzasnęły tak głośno, że aż podskoczyłam na kanapie. W jednej chwili cisza mojego mieszkania w Otwocku stała się ciężka jak ołów. Stałam w przedpokoju, trzymając w dłoni kubek z zimną już herbatą, a w uszach dźwięczały mi ostatnie słowa męża: „Nie kocham cię już, Maria. Odchodzę do Anki. Zrozum.”
Nie zrozumiałam. Przez dwadzieścia sześć lat byłam żoną, matką, gospodynią domową i pielęgniarką na oddziale geriatrii. Wszystko robiłam dla innych. Dla Piotra – mojego męża, dla syna – Bartka, dla mamy, która po śmierci taty zamieszkała z nami i nigdy nie przestała mnie krytykować. A teraz zostałam sama. Sama ze swoim strachem, żalem i… wściekłością.
Bartek wrócił tego dnia późno. Wszedł do kuchni i rzucił plecak na podłogę.
– Co się stało? – zapytał beznamiętnie.
– Twój ojciec… odszedł – wyszeptałam, czując jak łzy palą mnie pod powiekami.
Bartek spojrzał na mnie z pogardą:
– Może gdybyś nie była taka wiecznie zmęczona i nie narzekała na wszystko, to by został.
Zatkało mnie. Chciałam krzyczeć, że to nieprawda, że Piotr od dawna był nieobecny, że to on przestał się starać. Ale nie miałam siły. Bartek zamknął się w swoim pokoju i przez dwa dni nie odezwał się do mnie ani słowem.
Mama przyszła następnego dnia rano. Weszła bez pukania, jak zawsze.
– Wiedziałam, że tak to się skończy – powiedziała z satysfakcją. – Nie umiałaś zadbać o męża. Zawsze byłaś za miękka.
Poczułam się jak dziecko. Jak wtedy, gdy miałam dziesięć lat i płakałam po nocach, bo mama nigdy mnie nie przytuliła.
Przez pierwsze tygodnie żyłam jak automat. Praca, zakupy, sprzątanie. W domu panowała cisza przerywana tylko dźwiękiem telewizora z pokoju mamy i trzaskaniem drzwi Bartka. Czułam się niewidzialna. W pracy koleżanki patrzyły na mnie ze współczuciem lub ciekawością.
– Maria, może pójdziemy na kawę po dyżurze? – zaproponowała kiedyś Aneta.
– Nie mam siły – odpowiedziałam szczerze.
Wieczorami siedziałam przy kuchennym stole i patrzyłam na zdjęcia z wakacji nad morzem: Piotr obejmujący mnie ramieniem, Bartek z łopatką w ręku budujący zamek z piasku. Co poszło nie tak? Czy naprawdę byłam taka trudna do kochania?
Pewnego dnia wróciłam wcześniej do domu i usłyszałam rozmowę Bartka przez telefon:
– Stara jest nie do zniesienia… Tak, wiem, że jej ciężko, ale ile można słuchać jej jęków?
Zamknęłam się w łazience i płakałam długo. Potem spojrzałam w lustro: podpuchnięte oczy, siwe pasma we włosach, zmarszczki wokół ust. Kim ja jestem?
W pracy zaczęłam popełniać błędy. Pani Zofia z sali 12 upadła podczas mojej zmiany.
– Gdzie pani była? – krzyczała córka pacjentki. – Za co pani bierze pieniądze?
Zawstydziłam się okropnie. Ordynator wezwał mnie na rozmowę.
– Maria, co się z tobą dzieje? Zawsze byłaś wzorem dla innych.
Opowiedziałam mu wszystko. Siedział naprzeciwko mnie długo w milczeniu.
– Musisz zadbać o siebie – powiedział w końcu łagodnie.
Zaczęłam chodzić na spacery po lesie. Najpierw sama, potem z sąsiadką Haliną.
– Wiesz co? – powiedziała pewnego dnia Halina. – Zawsze ci zazdrościłam tej twojej rodziny. A teraz widzę, że każda z nas niesie swój krzyż.
Uśmiechnęłam się pierwszy raz od miesięcy.
Któregoś wieczoru Bartek wrócił pijany.
– Nienawidzę cię! – wrzasnął. – Przez ciebie ojciec odszedł!
Zamarłam. Chciałam go przytulić, ale odepchnął mnie brutalnie i zamknął się w pokoju.
Rano znalazłam go śpiącego na podłodze.
– Synku…
– Zostaw mnie! – syknął przez zaciśnięte zęby.
Mama coraz częściej chorowała. Zawiozłam ją do szpitala na badania.
– Nie chcę tu być! – krzyczała na cały korytarz. – Ty zawsze chcesz się mnie pozbyć!
Lekarz spojrzał na mnie ze współczuciem:
– Proszę odpocząć choć trochę.
Ale jak odpocząć, kiedy wszyscy czegoś ode mnie chcą?
W pracy poznałam Marka – nowego ratownika medycznego. Był rozwodnikiem po przejściach, miał dwie córki i pogodny uśmiech.
– Może pójdziemy kiedyś do kina? – zapytał nieśmiało.
Zgodziłam się po długim wahaniu.
Na filmie śmialiśmy się jak dzieci. Po seansie poszliśmy na lody nad Świder.
– Maria… życie nie kończy się po pięćdziesiątce – powiedział cicho Marek.
Poczułam ciepło w sercu.
Bartek dowiedział się o Marku przypadkiem.
– Ty sobie żarty robisz?! Facet?! Po tym wszystkim?!
– Synku…
– Nie mów do mnie „synku”! Jesteś żałosna!
Wyszedł trzaskając drzwiami.
Mama była jeszcze gorsza:
– W twoim wieku to już tylko różańce zostają!
Ale ja czułam się młodsza niż kiedykolwiek wcześniej. Zaczęłam malować paznokcie na czerwono i kupiłam sobie nową sukienkę w kwiaty.
Pewnego dnia Bartek wrócił do domu blady jak ściana.
– Mamo… przepraszam – wyszeptał drżącym głosem. – Pokłóciłem się z ojcem… On… on nie chce mieć ze mną kontaktu…
Przytuliłam go mocno do siebie.
– Jesteśmy rodziną, synku. Damy radę razem.
Mama zachorowała poważnie zimą. Spędziłyśmy razem wiele nocy w szpitalu.
– Przepraszam cię… za wszystko – powiedziała cicho pewnej nocy. – Nigdy nie umiałam być dobrą matką…
Płakałyśmy obie długo.
Marek był przy mnie przez cały ten czas. Pomagał mi przy mamie, wspierał Bartka, nawet gotował obiady w niedzielę.
Po roku od rozwodu Piotr zadzwonił:
– Maria… żałuję…
Odpowiedziałam spokojnie:
– Ja już nie jestem tą samą kobietą co kiedyś.
Dziś siedzę na balkonie z kubkiem gorącej kawy i patrzę na budzący się Otwock. Bartek studiuje psychologię i coraz częściej się uśmiecha. Mama odeszła spokojnie we śnie kilka miesięcy temu, a ja czuję jej przebaczenie w sercu. Marek jest moim przyjacielem i partnerem – razem planujemy wyjazd nad morze.
Czasem pytam siebie: czy musiałam stracić wszystko, żeby odnaleźć siebie? Czy naprawdę można zacząć żyć od nowa po pięćdziesiątce? Może właśnie wtedy zaczyna się prawdziwe życie… Co o tym myślicie?