Gorzki powrót: Mąż odchodzi do byłej, a ja zostaję z dziećmi i pytaniami bez odpowiedzi
Wszystko zaczęło się od trzasku drzwi. Stałam w kuchni, z rękami zanurzonymi w pianie, kiedy usłyszałam, jak Wojtek wychodzi – nie pierwszy raz zresztą. Ale tego wieczoru nie wrócił. Zostawił tylko kartkę na stole: „Musimy porozmawiać. Jutro.” Przez całą noc przewracałam się z boku na bok, wsłuchując się w ciszę mieszkania na warszawskim Ursynowie. Dzieci spały, a ja czułam, jakby ktoś wyciągnął mi serce przez gardło.
Nazajutrz Wojtek wrócił. Bez słowa usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole. W jego oczach nie było już czułości – tylko zmęczenie i coś jeszcze, czego nie umiałam nazwać.
– Anka, ja… – zaczął, ale głos mu zadrżał. – Składam pozew o rozwód.
Zamarłam. Przez chwilę miałam nadzieję, że to jakiś żart. Ale on patrzył na mnie poważnie.
– Dlaczego? – wyszeptałam.
– Bo nie jestem szczęśliwy. Bo… bo wróciła Magda.
Magda. Jego pierwsza miłość z liceum. Ta, o której zawsze mówił z nostalgią, choć zapewniał, że to przeszłość. Przez lata byłam pewna, że jestem tą jedyną. A teraz okazało się, że byłam tylko przystankiem.
Nie płakałam. Nie krzyczałam. Po prostu siedziałam w milczeniu, czując, jak moje życie rozpada się na kawałki.
– I co z dziećmi? – zapytałam w końcu, patrząc na nasze dwie córki bawiące się w pokoju obok.
– Zostaną z tobą. Ja… będę płacił alimenty. Pomogę wam finansowo, ale… – zawahał się – muszę zacząć nowe życie.
Wojtek spakował się tego samego dnia. Dzieci nie rozumiały, dlaczego tata wychodzi z walizką i nie całuje ich na dobranoc. Ja też nie rozumiałam.
Przez pierwsze tygodnie żyłam jak w amoku. Moja mama przyjechała z Radomia, żeby mi pomóc. Siedziała ze mną przy stole i powtarzała:
– Aniu, musisz być silna dla dziewczynek. Wojtek nigdy nie był odpowiedzialny. Pamiętasz, jak cię ostrzegałam?
Ale ja nie chciałam słuchać jej „a nie mówiłam”. Potrzebowałam wsparcia, nie wyrzutów sumienia.
Teściowa zadzwoniła po tygodniu:
– Aniu, co ty mu zrobiłaś? Wojtek mówił, że jesteś wiecznie niezadowolona! Może gdybyś bardziej o siebie dbała…
Zacisnęłam zęby i rozłączyłam się bez słowa. Wszyscy mieli swoje teorie na temat mojego małżeństwa – tylko nikt nie zapytał mnie o zdanie.
Najgorsze były wieczory. Kiedy dzieci zasypiały, siadałam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Czułam się jak statystka we własnym życiu. Przypominałam sobie początki z Wojtkiem – jak poznaliśmy się na studiach na Politechnice Warszawskiej, jak śmialiśmy się do łez na ławce pod Pałacem Kultury, jak obiecywaliśmy sobie miłość aż po grób.
A potem przyszła Magda. Najpierw jako znajoma na Facebooku, potem jako „przypadkowe” spotkanie w kawiarni na Nowym Świecie. Wojtek tłumaczył się:
– To tylko koleżanka! Przecież wiesz, że cię kocham.
Ale coraz częściej wracał późno z pracy. Coraz częściej był zamyślony i nieobecny przy kolacji.
Pewnego dnia znalazłam w jego telefonie wiadomość: „Tęsknię za tobą. Nie mogę przestać myśleć o tamtym wieczorze”.
Zamarłam. Zrobiło mi się niedobrze. Chciałam mu zrobić awanturę, ale zabrakło mi odwagi. Zamiast tego zaczęłam go śledzić – sprawdzałam jego lokalizację przez aplikację bankową, szukałam śladów Magdy w jego rzeczach.
W końcu wybuchłam:
– Kiedy zamierzasz mi powiedzieć prawdę? – krzyknęłam pewnego wieczoru.
Wojtek spojrzał na mnie z wyrzutem:
– O czym ty mówisz? Zawsze musisz robić sceny! Może dlatego Magda jest dla mnie taka ważna – ona mnie rozumie!
To był pierwszy raz, kiedy wypowiedział jej imię głośno. Poczułam się upokorzona.
Po rozwodzie zostały mi tylko dzieci i mieszkanie na kredyt. Alimenty ledwo starczały na przedszkole i rachunki. Musiałam wrócić do pracy na pełen etat jako księgowa w małej firmie budowlanej na Woli. Szef patrzył na mnie z politowaniem:
– Pani Aniu, może urlop? Wygląda pani fatalnie.
Nie mogłam sobie pozwolić na słabość.
Dziewczynki tęskniły za ojcem. Starsza, Zosia, zaczęła moczyć się w nocy. Młodsza, Lena, pytała:
– Mamusiu, kiedy tata wróci?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
Wojtek pojawiał się raz w miesiącu – przywoził zabawki i słodycze, robił zdjęcia do mediów społecznościowych i znikał. Magda była już wtedy w ciąży.
Pewnego dnia spotkałam ich razem w galerii handlowej Arkadia – trzymali się za ręce i śmiali się do siebie jak nastolatki. Magda spojrzała na mnie z wyższością:
– Aniu, mam nadzieję, że nie masz nam za złe? Tak to już jest… życie pisze własne scenariusze.
Chciałam jej odpowiedzieć coś kąśliwego, ale zabrakło mi słów.
W domu wybuchła kolejna awantura z mamą:
– Musisz walczyć o swoje! Nie możesz być taka miękka!
– Mamo! Ty myślisz, że to takie proste? Że wystarczy pójść do sądu i wszystko będzie dobrze? On już mnie nie kocha!
– Ale dzieci potrzebują ojca!
– A co ja mam zrobić? Związać go na siłę?
Czułam się osaczona przez wszystkich – przez rodzinę Wojtka, przez własną matkę i przez sąsiadki z klatki schodowej, które szeptały za moimi plecami:
– Widzisz ją? Ta od rozwodu…
Najgorsze były święta Bożego Narodzenia. Dzieci pytały o tatę przy choince. Wojtek przysłał SMS-a: „Nie dam rady przyjechać – Magda źle się czuje”.
Zosia rozpłakała się tak głośno, że musiałam ją tulić przez godzinę.
W pracy coraz trudniej było mi się skupić. Popełniałam błędy w rozliczeniach i szef wezwał mnie na rozmowę:
– Aniu, jeśli coś jest nie tak… może potrzebujesz pomocy?
Ale ja nie chciałam litości.
Któregoś dnia zadzwoniła do mnie Magda:
– Aniu… wiem, że to trudne dla ciebie… Ale Wojtek jest szczęśliwy ze mną. Może spróbujemy jakoś się dogadać dla dobra dzieci?
Zacisnęłam pięści tak mocno, że aż zbielały mi knykcie.
– Dla dobra dzieci? Ty zabrałaś im ojca!
– To nie tak… Wojtek sam podjął decyzję…
– Nie dzwoń tu więcej!
Rzuciłam słuchawką o stół i rozpłakałam się po raz pierwszy od miesięcy.
Czasem zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd. Czy powinnam była bardziej walczyć o Wojtka? Czy to moja wina? A może po prostu życie jest niesprawiedliwe?
Dziś jestem sama z dwójką dzieci i kredytem hipotecznym na karku. Czasem czuję się silna – kiedy widzę uśmiech córek albo kiedy uda mi się zapłacić wszystkie rachunki przed terminem. Ale są też dni, kiedy mam ochotę wyjść z domu i nigdy nie wrócić.
Czy można wybaczyć sobie własne błędy? Czy da się jeszcze zaufać komuś po takim upokorzeniu? A może trzeba nauczyć się żyć z pustką i po prostu iść dalej?
Ciekawa jestem waszych historii… Czy ktoś z was przeżył podobny dramat? Jak sobie poradziliście?