Hasło, które uratowało moją córkę: Noc, której nigdy nie zapomnę
– Mamo, przyjedź po mnie, proszę… – głos w słuchawce był cichy, jakby stłumiony, ale to były słowa mojej córki, Zosi. Serce zamarło mi w piersi. Była dwudziesta druga, Zosia miała wrócić z korepetycji u pani Kowalskiej.
– Zosiu? Co się stało? – zapytałam, próbując ukryć narastającą panikę.
– Mamo, proszę, przyjedź teraz na ulicę Leśną, czekam przy przystanku… – powtórzyła, ale coś w jej głosie było nie tak. Zosia zawsze mówiła szybko, z nutą niecierpliwości. Teraz brzmiała jakby powtarzała wyuczoną formułkę.
Wtedy przypomniałam sobie rozmowę sprzed kilku miesięcy. Siedziałyśmy razem w kuchni, przy herbacie i cieście drożdżowym. Rozmawiałyśmy o tym, jak świat bywa niebezpieczny. Wtedy wymyśliłyśmy nasze rodzinne hasło – „zielony rower”. Miało być używane tylko wtedy, gdy naprawdę wszystko jest w porządku.
– Zosiu, powiedz mi… jaki kolor miał twój rower z dzieciństwa? – zapytałam drżącym głosem.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszałam tylko szmer oddechu i jakieś stłumione głosy w tle.
– Czerwony… – odpowiedziała po chwili.
Wtedy już wiedziałam. To nie była moja córka. Ktoś próbował mnie oszukać.
Rzuciłam telefon na stół i zaczęłam gorączkowo wybierać numer do męża. Michał odebrał niemal natychmiast.
– Co się dzieje? – spytał zaniepokojony.
– Ktoś podszywa się pod Zosię! Dzwonił do mnie ktoś z jej numeru, ale nie znał naszego hasła! Musimy działać!
Michał był zawsze opanowany. – Sprawdź lokalizację jej telefonu przez aplikację. Ja dzwonię na policję.
Ręce mi się trzęsły, gdy otwierałam aplikację „Znajdź moje dziecko”. Zosia była… na drugim końcu miasta, zupełnie nie tam, gdzie powinna być. Policja przyjęła zgłoszenie i obiecała natychmiastową interwencję.
Wybiegłam z domu w kapciach, nawet nie zamykając drzwi na klucz. Wsiadłam do samochodu i jechałam na oślep przez nocne ulice Warszawy. W głowie miałam tylko jedno: muszę ją znaleźć.
Po drodze dzwoniłam do wszystkich jej znajomych. Nikt nie wiedział, gdzie jest Zosia. Pani Kowalska powiedziała, że wyszła punktualnie o dziewiętnastej trzydzieści i miała wrócić prosto do domu.
W końcu zadzwonił Michał.
– Policja już szuka jej telefonu. Mają patrol w okolicy Leśnej i drugi tam, gdzie pokazuje aplikacja. Ty wracaj do domu – powiedział stanowczo.
Ale ja nie mogłam wrócić. Jeździłam po okolicy, wypatrując znajomej sylwetki. W końcu zatrzymałam się na parkingu pod supermarketem i zaczęłam płakać. Bezsilność ściskała mnie za gardło.
Nagle zadzwonił mój telefon. Numer nieznany.
– Pani córka jest z nami – usłyszałam męski głos. – Jeśli chce ją pani zobaczyć całą i zdrową, proszę przygotować dwadzieścia tysięcy złotych. Zadzwonimy ponownie za godzinę.
Zamarłam. To działo się naprawdę. Porwanie. Jak z najgorszego koszmaru.
Policja była już poinformowana o wszystkim. Kazali mi zachować spokój i czekać na kolejny telefon. Miałam udawać, że zgadzam się na warunki porywaczy.
Godzina ciągnęła się w nieskończoność. Michał wrócił do domu i razem czekaliśmy na kolejny telefon. W końcu zadzwonili ponownie.
– Ma pani pieniądze? – zapytał ten sam głos.
– Tak… Proszę tylko dać mi dowód, że Zosia żyje – odpowiedziałam łamiącym się głosem.
Po chwili usłyszałam jej płaczliwy głos:
– Mamo… pomóż mi…
Ale znów – nie padło nasze hasło. Wiedziałam już, że muszę grać na czas.
Policja prowadziła rozmowę równolegle na podsłuchu. W końcu udało się namierzyć miejsce połączenia – stara kamienica na Pradze.
Patrol był już w drodze. Ja siedziałam jak sparaliżowana, ściskając Michała za rękę tak mocno, że aż pobielały mu knykcie.
Minuty ciągnęły się jak godziny. W końcu zadzwonił policjant:
– Mamy ją! Jest cała i zdrowa! Proszę przyjechać na komisariat na Wilczej.
Nie pamiętam nawet drogi do komisariatu. Wbiegłam do środka i zobaczyłam Zosię – brudną, zapłakaną, ale żywą. Rzuciłyśmy się sobie w ramiona i płakałyśmy obie przez długie minuty.
Potem dowiedziałam się szczegółów: porywacze byli dwaj, znali ją z widzenia ze szkoły muzycznej. Wciągnęli ją do samochodu pod pretekstem podwiezienia do domu. Telefon zabrali jej od razu, a potem kazali powtarzać wyuczone zdania przez słuchawkę. Nie wiedzieli nic o naszym haśle.
Przez wiele tygodni po tym wydarzeniu nie mogłam spać spokojnie. Każdy dźwięk telefonu wywoływał we mnie lęk. Michał próbował być silny dla nas obu, ale widziałam po nim, jak bardzo przeżywa całą sytuację.
Zosia długo dochodziła do siebie. Bała się wychodzić sama z domu, unikała rozmów o tamtej nocy. Dopiero po kilku miesiącach zaczęła wracać do normalności.
Nasza rodzina bardzo się wtedy zjednoczyła. Rozmawialiśmy dużo o zaufaniu, o bezpieczeństwie, o tym jak ważne są proste zasady – takie jak nasze hasło „zielony rower”.
Często wracam myślami do tamtej nocy i zastanawiam się: co by było, gdybyśmy nie mieli tego hasła? Czy potrafilibyśmy rozpoznać zagrożenie? Czy można przygotować dziecko na każdą sytuację?
Może nigdy nie będziemy w pełni bezpieczni, ale wiem jedno: warto rozmawiać i ufać sobie nawzajem bezgranicznie. Czy Wy też macie swoje rodzinne sposoby na bezpieczeństwo? Jak rozmawiacie z dziećmi o zagrożeniach?