Kłótnia o rachunki, która rozdarła naszą rodzinę
— To jest po prostu niesprawiedliwe, Anka! — głos Marty odbijał się echem od ścian naszego starego domu w Mińsku Mazowieckim. Stałyśmy naprzeciwko siebie w kuchni, gdzie jeszcze kilka lat temu razem gotowałyśmy pierogi na święta. Teraz czułam, jakbyśmy były sobie zupełnie obce.
— Przestań, Marta. Przecież ustaliłyśmy, że dzielimy rachunki na pół, bo obie korzystamy z domu — odpowiedziałam, starając się zachować spokój, choć w środku aż się gotowałam. Moje dłonie zaciskały się na kubku z herbatą, a serce waliło jak młot.
— Ale ty tu przyjeżdżasz tylko na weekendy! Ja z rodziną mieszkam tu cały czas, płacę za wszystko, a ty tylko wpadasz i korzystasz z tego, co jest — jej głos drżał, a w oczach pojawiły się łzy. — To nie jest sprawiedliwe, Anka. Mam wrażenie, że mnie wykorzystujesz.
Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa. Przecież to był nasz dom, dom, w którym dorastałyśmy, gdzie tata uczył nas, jak naprawiać rower, a mama piekła najlepszy sernik na świecie. Po śmierci rodziców obiecałyśmy sobie, że będziemy się wspierać, że nigdy nie dopuścimy do tego, by pieniądze nas poróżniły. A jednak stało się.
— Marta, nie chcę się z tobą kłócić. Wiem, że masz ciężko, ale ja też mam rodzinę, kredyt na mieszkanie w Warszawie, dzieci, które trzeba ubrać i nakarmić. Nie mogę płacić więcej — powiedziałam cicho, czując, jak łzy cisną mi się do oczu.
Marta odwróciła się i zaczęła nerwowo wycierać blat. — Może powinnaś wtedy sprzedać swoją część. Albo w ogóle się wycofać. Nie wiem, Anka. Mam już dość tych wiecznych rozliczeń.
Wtedy przypomniałam sobie, jak jeszcze kilka lat temu, gdy byłam w ciąży z drugim dzieckiem, Marta przyjeżdżała do mnie z zupą i pomagała mi sprzątać mieszkanie. Byłyśmy nierozłączne. Co się z nami stało?
— Pamiętasz, jak obiecałyśmy mamie, że zawsze będziemy się wspierać? — zapytałam, próbując powstrzymać łzy. — Nie chcę, żeby rachunki nas poróżniły. Może powinniśmy ustalić jasne zasady, spisać wszystko na papierze, żeby nie było niedomówień.
Marta spojrzała na mnie z bólem. — To nie chodzi tylko o pieniądze, Anka. Ty zawsze byłaś tą, która miała lepiej. Studiowałaś w Warszawie, masz dobrą pracę, męża, który zarabia więcej niż mój. Ja zostałam tutaj, bo ktoś musiał się zająć rodzicami, kiedy chorowali. A teraz czuję się, jakbym była twoją gospodynią, a nie siostrą.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakiekolwiek oskarżenie. Nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. Dla mnie Marta była bohaterką, która poświęciła wszystko dla rodziny. Ale czy kiedykolwiek jej to powiedziałam?
— Przepraszam, Marta. Może za rzadko ci dziękowałam. Wiem, ile zrobiłaś dla rodziców, dla mnie. Ale nie chcę, żebyśmy się przez to nienawidziły. Może powinniśmy porozmawiać z prawnikiem, ustalić, jak to wszystko podzielić, żeby było sprawiedliwie dla obu stron.
Marta westchnęła ciężko. — Może masz rację. Ale nie wiem, czy to coś zmieni. Wiesz, czasem mam wrażenie, że już dawno przestałyśmy być rodziną. Jesteśmy tylko współwłaścicielkami tego domu.
Zapadła cisza. Słychać było tylko tykanie starego zegara na ścianie. Przypomniałam sobie, jak tata zawsze powtarzał: „Pieniądze są ważne, ale rodzina jest najważniejsza”. Czy naprawdę pozwolimy, żeby rachunki nas rozdzieliły?
— Może powinniśmy sprzedać dom i podzielić się pieniędzmi? — zaproponowałam niepewnie, choć serce mi się krajało na myśl o utracie miejsca, w którym spędziłam całe dzieciństwo.
Marta spojrzała na mnie z niedowierzaniem. — Chcesz sprzedać dom rodziców? Nasz dom?
— Nie chcę, ale może to jedyne wyjście. Skoro nie umiemy się dogadać, to może lepiej zamknąć ten rozdział. Każda z nas pójdzie swoją drogą, bez żalu, bez pretensji.
Marta zaczęła płakać. — Nie wiem, Anka. Nie wiem, czy jestem na to gotowa. Ale nie mogę już dłużej żyć w ciągłym napięciu.
Usiadłam obok niej i objęłam ją ramieniem. — Ja też nie chcę się z tobą kłócić. Może powinniśmy dać sobie trochę czasu, przemyśleć wszystko na spokojnie. Nie podejmujmy decyzji pod wpływem emocji.
Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu, obie pogrążone w swoich myślach. Wiedziałam, że ta rozmowa była potrzebna, ale też czułam, że coś się między nami zmieniło na zawsze. Może już nigdy nie będziemy tak blisko, jak kiedyś. Może rachunki to tylko pretekst, a prawdziwy problem tkwi głębiej — w żalach, których nigdy nie wypowiedziałyśmy na głos.
Wieczorem, kiedy wracałam do Warszawy, patrzyłam przez okno samochodu na mijane pola i lasy. W głowie wciąż brzmiały mi słowa Marty: „Już dawno przestałyśmy być rodziną”. Czy naprawdę tak jest? Czy można odbudować coś, co się rozpadło przez pieniądze i niewypowiedziane żale?
Czasem zastanawiam się, czy gdyby rodzice żyli, pozwoliliby nam się tak pokłócić. Czy naprawdę rachunki są ważniejsze niż siostrzana miłość? A może to tylko pretekst, żeby nie mówić o tym, co naprawdę nas boli?
Czy wy też kiedyś pokłóciliście się z bliskimi o pieniądze? Czy da się naprawić relację, która pękła przez sprawy materialne?