Lekarz, który żądał zapłaty przed leczeniem: Historia, której nigdy nie zapomnę
– Panie doktorze, błagam, proszę pomóc mojej córce! – krzyk starszej kobiety odbijał się echem od ścian izby przyjęć. Była godzina 21:30, a ja marzyłem tylko o tym, by wrócić do domu. Mój syn, Kuba, miał dziś urodziny, a ja obiecałem, że będę. Ale dyżur się przedłużał, a kolejka pacjentów nie malała.
Spojrzałem na kobietę. Miała może sześćdziesiąt lat, w oczach rozpacz i zmęczenie. Obok niej stała dziewczynka, blada, z podkrążonymi oczami, trzymająca się za brzuch. – Proszę pani, czy ma pani skierowanie? – zapytałem, choć wiedziałem, że nie powinna mnie to obchodzić w tej chwili. – Nie mam, ale proszę, ona bardzo cierpi! – Kobieta niemal płakała.
W głowie miałem echo rozmowy z dyrektorem szpitala sprzed tygodnia: „Nie możemy już przyjmować pacjentów bez skierowań, NFZ nie zwraca nam pieniędzy. Każdy przypadek bez dokumentów to strata dla szpitala. Musisz być twardy, Piotr.”
Twardy. Tak mi powiedział. A ja próbowałem być twardy, choć serce mi się krajało. – Proszę poczekać, muszę najpierw sprawdzić dokumenty – powiedziałem chłodno, choć w środku aż mnie ściskało. Kobieta spojrzała na mnie z niedowierzaniem. – Panie doktorze, niech pan spojrzy na nią! Ona nie wytrzyma do rana!
W tym momencie zadzwonił mój telefon. To była Ania, moja żona. – Piotr, Kuba już pyta, kiedy wrócisz. Tęskni za tobą. – Wiem, kochanie, ale mam tu sytuację… oddzwonię później – odparłem i rozłączyłem się, czując narastającą frustrację.
Przede mną stała kobieta, która nie miała pieniędzy, nie miała skierowania, a jej córka wyglądała na poważnie chorą. Zgodnie z nowymi wytycznymi powinienem odmówić przyjęcia. Ale przecież przysięgałem pomagać ludziom. – Proszę pani, bez skierowania mogę przyjąć córkę tylko prywatnie. To kosztuje 250 złotych – powiedziałem, czując jakby ktoś wbijał mi nóż w serce.
Kobieta zbladła jeszcze bardziej. – Ja nie mam tyle pieniędzy… Proszę, niech pan ją zbada, zapłacę później, przysięgam! – Jej głos łamał się ze strachu i rozpaczy. – Przykro mi, takie są zasady – odpowiedziałem, choć miałem ochotę rzucić wszystko i po prostu pomóc.
Widziałem, jak kobieta wyciąga z portfela kilka banknotów, liczy je drżącymi palcami. – Mam tylko 80 złotych… Proszę, niech pan ją zbada, resztę przyniosę jutro. – Spojrzałem na nią i przez chwilę walczyłem ze sobą. Ale w głowie wciąż miałem słowa dyrektora i myśl o własnej rodzinie, która czekała na mnie w domu.
– Przykro mi, nie mogę. Proszę wrócić ze skierowaniem albo z pełną kwotą – powiedziałem, czując, jakby ktoś wyciskał mi serce. Kobieta spojrzała na mnie z nienawiścią, a potem odwróciła się i wyszła, ciągnąc za sobą córkę. Dziewczynka spojrzała na mnie przez ramię, jej oczy były pełne łez i bólu.
Przez chwilę stałem jak sparaliżowany. W głowie miałem tysiące myśli. Czy zrobiłem dobrze? Czy mogłem złamać zasady? Czy powinienem był po prostu pomóc?
Wróciłem do domu po północy. Kuba już spał, a Ania patrzyła na mnie z wyrzutem. – Znowu cię nie było. On naprawdę na ciebie czekał. – Wiem, przepraszam – odpowiedziałem, ale w głowie wciąż miałem obraz tej dziewczynki.
Następnego dnia rano, kiedy szykowałem się do pracy, zadzwonił telefon. To była pielęgniarka z izby przyjęć. – Piotr, pamiętasz tę kobietę z wczoraj? Przywieźli jej córkę karetką w nocy. Miała zapalenie wyrostka, doszło do perforacji. Jest w ciężkim stanie na OIOM-ie.
Poczułem, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. – Czy ona… czy ona przeżyje? – zapytałem drżącym głosem. – Nie wiadomo. Lekarze robią, co mogą. Ale jest źle.
Nie mogłem oddychać. Wyszedłem z domu, nie mówiąc Ani ani słowa. Wsiadłem do samochodu i pojechałem do szpitala. Całą drogę miałem przed oczami twarz tej dziewczynki. Jej matka siedziała na korytarzu, zapłakana, z twarzą ukrytą w dłoniach. Chciałem do niej podejść, przeprosić, powiedzieć, że żałuję, ale nie miałem odwagi. Czułem się jak najgorszy człowiek na świecie.
Przez cały dzień nie mogłem się skupić. Każdy pacjent wydawał mi się podobny do tej dziewczynki. Każda matka przypominała mi jej matkę. Wieczorem dowiedziałem się, że dziewczynka przeżyła operację, ale jej stan jest ciężki. Lekarze nie wiedzieli, czy nie będzie powikłań.
Wróciłem do domu i usiadłem w kuchni, patrząc w pustkę. Ania podeszła do mnie i położyła mi rękę na ramieniu. – Co się stało? – zapytała cicho. – Zawiodłem. Zawiodłem jako lekarz, jako człowiek – odpowiedziałem, a łzy napłynęły mi do oczu. – Może gdybym wtedy zareagował inaczej, ta dziewczynka nie walczyłaby teraz o życie.
Ania przytuliła mnie mocno. – Nie jesteś zły. System jest zły. Ale rozumiem, że to nie daje ci ulgi. – Pokiwałem głową, ale nie potrafiłem sobie wybaczyć.
Następnego dnia poszedłem do dyrektora. – Panie dyrektorze, musimy coś zmienić. Nie mogę już odmawiać pomocy ludziom, którzy nie mają pieniędzy. To nie jest zgodne z moim sumieniem. – Dyrektor spojrzał na mnie surowo. – Piotr, rozumiem cię, ale mamy procedury. Jeśli je złamiesz, możesz stracić pracę. – Wiem, ale nie mogę już tak żyć. – Wyszedłem z gabinetu, czując, że muszę coś zrobić, choćby miałbym zapłacić za to najwyższą cenę.
Przez kolejne dni odwiedzałem dziewczynkę na OIOM-ie. Jej matka nie chciała ze mną rozmawiać, ale ja codziennie zostawiałem jej wiadomość, że bardzo mi przykro. Po tygodniu dziewczynka zaczęła odzyskiwać przytomność. Lekarze mówili, że miała dużo szczęścia.
Pewnego dnia matka dziewczynki podeszła do mnie. – Panie doktorze, wiem, że pan też cierpiał. Ale proszę pamiętać, że dla nas to była tragedia. – Wiem. I nigdy sobie tego nie wybaczę – odpowiedziałem szczerze.
Od tamtej pory zawsze staram się pomagać, nawet jeśli muszę łamać zasady. Bo wiem, że za każdą decyzją stoi czyjeś życie. Czasem w nocy budzę się zlany potem, widząc w snach twarz tej dziewczynki. Zastanawiam się, ilu ludziom odmówiono pomocy tylko dlatego, że nie mieli pieniędzy albo skierowania.
Czy naprawdę musimy wybierać między procedurami a ludzkim życiem? Czy system kiedykolwiek się zmieni, czy zawsze będziemy musieli wybierać między sumieniem a przepisami? Co wy byście zrobili na moim miejscu?