„Mama kazała mi napisać testament na urodzinach córki. Czy naprawdę muszę wybierać między rodziną a mężem?”

– Aniu, musisz napisać testament. Teraz. – Głos mojej mamy przeciął gwar rozmów i śmiechów przy stole. Zamarłam z kawałkiem tortu w dłoni, patrząc na nią z niedowierzaniem. Moja córka, Zosia, właśnie zdmuchnęła świeczki na swoim siódmym torcie urodzinowym. Wszyscy klaskali, a ja czułam, jak serce zaczyna mi bić szybciej.

– Mamo, co ty mówisz? – spytałam cicho, próbując nie zwracać uwagi gości.

– Mówię poważnie. Jeśli coś ci się stanie, ten dom przejdzie na Marka. A przecież wiesz, że on nie jest odpowiedzialny. Nie chcę, żeby twoje dzieci zostały bez dachu nad głową przez jego głupotę.

Marek, mój mąż, siedział obok mnie. Jego twarz pobladła, a usta zacisnęły się w cienką linię. Wszyscy przy stole nagle umilkli. Moja siostra Basia spojrzała na mnie z przerażeniem, a tata nerwowo poprawił okulary.

– Mamo, to nie jest czas ani miejsce… – zaczęłam, ale ona nie dała mi dojść do słowa.

– Właśnie teraz jest najlepszy czas! – podniosła głos. – Wszyscy są tutaj. Chcę wiedzieć, że zabezpieczyłaś dzieci. Marek nie potrafi nawet zapłacić rachunków na czas!

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Przez chwilę miałam ochotę uciec z własnego domu. Zosia patrzyła na mnie zdezorientowana, a jej koleżanki zaczęły szeptać między sobą.

– Aniu… – Marek odezwał się cicho – …czy ty naprawdę myślisz, że skrzywdziłbym nasze dzieci?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Z jednej strony znałam Marka od lat i wiedziałam, że bywa roztrzepany i zapomina o ważnych sprawach. Z drugiej strony był dobrym ojcem i kochał nas ponad wszystko.

Mama nie odpuszczała:

– Pamiętasz, jak zgubił klucze do mieszkania i musieliście spać u nas? Albo jak zapomniał o twoich urodzinach? To nie jest człowiek, któremu można zaufać z domem!

Basia próbowała załagodzić sytuację:

– Mamo, może porozmawiamy o tym później? To przecież urodziny Zosi…

Ale mama była nieugięta. Wstała od stołu i podeszła do mnie bliżej.

– Aniu, ja tylko chcę twojego dobra. I dobra twoich dzieci. Nie możesz być taka naiwna.

Czułam się upokorzona przed całą rodziną i znajomymi córki. Próbowałam zebrać myśli.

– Mamo… To jest mój dom i moja rodzina. Proszę cię…

– Jeśli nie chcesz słuchać matki, to rób jak chcesz – powiedziała lodowatym tonem i wyszła do ogrodu.

Goście zaczęli się rozchodzić szybciej niż zwykle. Zosia płakała w swoim pokoju, bo jej przyjęcie zamieniło się w rodzinny dramat. Marek zamknął się w łazience i długo nie wychodził.

Wieczorem usiadłam sama przy kuchennym stole. Przed oczami miałam twarz mamy – pełną troski, ale i osądu. Przypomniałam sobie wszystkie sytuacje z Markiem: te dobre i te złe. Jak zapomniał odebrać Zosię z przedszkola i jak potem przez godzinę przepraszał ją kwiatami i lodami. Jak potrafił rozśmieszyć nas wszystkich w najgorszych chwilach i jak czasem zamykał się w sobie na całe dni.

W nocy usłyszałam ciche kroki. To Marek usiadł naprzeciwko mnie.

– Aniu… – zaczął niepewnie – …czy ty naprawdę myślisz o tym testamencie?

Spojrzałam mu w oczy. Były pełne bólu i lęku.

– Nie wiem… Mama ma trochę racji. Boję się o dzieci… Ale boję się też, że jeśli to zrobię, to cię zranię.

Marek spuścił głowę.

– Ja wiem, że nie jestem idealny… Ale nigdy bym was nie skrzywdził. Może powinienem bardziej się postarać…

Objął mnie delikatnie.

– Kocham cię – wyszeptał.

Zasnęliśmy razem na kanapie, ale sen nie przyniósł ukojenia.

Następnego dnia zadzwoniła mama.

– Przemyślałaś już sprawę? – spytała bez powitania.

– Mamo… Nie chcę rozbijać rodziny przez twoje lęki…

– To nie są tylko moje lęki! Ty zawsze byłaś za miękka! Gdybyś słuchała mnie wcześniej, nie miałabyś tylu problemów!

Rozłączyłam się bez słowa. Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta jak struna. Marek starał się być bardziej obecny: gotował obiady, pomagał Zosi w lekcjach, nawet sam zaproponował rozmowę o finansach.

Ale ja czułam się rozdarta. Każda decyzja wydawała mi się złą: jeśli napiszę testament przeciwko Markowi – zdradzę jego zaufanie; jeśli tego nie zrobię – zawiodę mamę i być może narażę dzieci na ryzyko.

Basia zadzwoniła wieczorem:

– Anka, musisz podjąć decyzję sama. Mama zawsze będzie chciała cię chronić po swojemu… Ale to twoje życie.

Zastanawiałam się długo nad tymi słowami. Czy jestem gotowa zaufać Markowi? Czy powinnam słuchać matki? Czy można kochać dwie rodziny naraz i żadnej nie zranić?

Minął tydzień od urodzin Zosi. Dom był cichy jak nigdy wcześniej. Mama przestała dzwonić. Marek był milczący i zamyślony.

W końcu usiadłam z nim przy stole.

– Marek… Chcę porozmawiać o testamencie. Ale też o nas…

Spojrzał na mnie z nadzieją i strachem jednocześnie.

– Chcę zabezpieczyć dzieci… Ale nie chcę cię ranić ani traktować jak zagrożenie. Może pójdziemy razem do notariusza? Porozmawiamy o tym wspólnie?

Uśmiechnął się smutno:

– Dziękuję ci za to… Chcę być częścią tej decyzji.

Nie wiem jeszcze, jaką decyzję podejmę. Ale wiem jedno: nie chcę już żyć w strachu przed przyszłością ani przed opinią innych.

Czy można kochać rodzinę i jednocześnie chronić siebie? Czy każda troska musi ranić? Czasem zastanawiam się: ile jesteśmy w stanie poświęcić dla spokoju sumienia naszych bliskich?