Między młotem a kowadłem: Jak teściowa rozbiła moje małżeństwo
Drzwi trzasnęły z hukiem, a echo tego dźwięku rozlało się po całym mieszkaniu jak fala goryczy. Stałam w przedpokoju, z walizką w jednej ręce i synem przy boku. Szymon miał wtedy sześć lat i patrzył na mnie wielkimi, przestraszonymi oczami. „Mamo, czy tata nas już nie kocha?” – zapytał cicho. Zabrakło mi słów. Jak wyjaśnić dziecku, że czasem miłość nie wystarcza, gdy ktoś trzeci nieustannie wbija klin między dwoje ludzi?
Wszystko zaczęło się niewinnie. Marcin był moją pierwszą wielką miłością. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie – ja, dziewczyna z Nowego Sącza, on rodowity krakowianin z rodziny nauczycielskiej. Jego matka, pani Halina, była dyrektorką szkoły podstawowej i od początku patrzyła na mnie z góry. „A czym zajmują się twoi rodzice?” – zapytała na pierwszym spotkaniu, a gdy odpowiedziałam, że tata prowadzi warsztat samochodowy, a mama pracuje w sklepie spożywczym, jej usta wykrzywił lekki grymas. „No cóż, każdy musi sobie jakoś radzić” – rzuciła chłodno.
Próbowałam się nie przejmować. Marcin zapewniał mnie: „Ona jest po prostu wymagająca. Daj jej czas.” Ale czas mijał, a pani Halina coraz bardziej dawała mi odczuć, że nie jestem wystarczająco dobra dla jej syna. Gdy ogłosiliśmy zaręczyny, powiedziała przy wszystkich: „Mam nadzieję, że wiesz, co robisz, synku.”
Ślub był piękny – przynajmniej tak go zapamiętałam. Ale już podczas wesela usłyszałam od teściowej: „Nie licz na to, że będę ci niańczyć dzieci.” Wtedy jeszcze się śmiałam. Nie wiedziałam, że to dopiero początek.
Po ślubie zamieszkaliśmy w kawalerce na Ruczaju. Byliśmy szczęśliwi – przynajmniej przez pierwsze miesiące. Potem zaczęły się codzienne telefony od pani Haliny: „Marcinie, czy zjadłeś obiad? Czy ona gotuje ci tak jak ja?” Albo: „Nie zapomnij o niedzielnym obiedzie u nas.” Marcin jeździł do rodziców co tydzień. Ja – coraz rzadziej. Za każdym razem czułam się tam jak intruz.
Najgorsze przyszło po narodzinach Szymona. Zamiast gratulacji usłyszałam: „Dziecko to nie powód do dumy, jeśli nie umiesz go dobrze wychować.” Gdy Szymon miał kolki i płakał nocami, teściowa mówiła Marcinowi: „To przez nią. Nie umie być matką.”
Pewnego dnia podsłuchałam rozmowę przez telefon:
– Mamo, daj już spokój Ani – mówił Marcin zmęczonym głosem.
– Ja tylko chcę dla ciebie dobrze! Ona cię ogranicza! Kiedyś byłeś taki radosny…
– Mamo…
– Synku, pamiętaj: rodzina jest najważniejsza. Ale prawdziwa rodzina.
Te słowa bolały jak nóż wbity prosto w serce.
Z czasem Marcin zaczął wracać coraz później z pracy. Tłumaczył się korkami albo spotkaniami służbowymi. Ale ja wiedziałam swoje – jeździł do matki. Czułam się coraz bardziej samotna. Szymon pytał: „Dlaczego tata nie je z nami kolacji?” Nie umiałam odpowiedzieć.
Wszystko pogorszyło się po tym, jak teściowa zachorowała na grypę. Marcin niemal zamieszkał u niej przez tydzień. Przynosił jej zakupy, gotował obiady – dla mnie nie miał już czasu ani siły. Gdy zadzwoniłam wieczorem i poprosiłam, żeby wrócił do domu, usłyszałam:
– Aniu, ona mnie potrzebuje! Ty sobie poradzisz.
– A ja? My?
– Przestań być egoistką!
Poczułam się wtedy tak mała i bezwartościowa jak nigdy dotąd.
Zaczęły się kłótnie. Coraz częściej płakałam po nocach, gdy Szymon spał. Marcin zamykał się w sobie albo wychodził z domu bez słowa. Pani Halina dzwoniła codziennie i wypytywała go o wszystko: „Czy Ania sprząta? Czy gotuje? Czy Szymon jest czysty?”
Pewnego dnia przyszła do nas bez zapowiedzi. Zajrzała do lodówki i powiedziała: „U mnie zawsze było więcej jedzenia.” Potem przeszła przez mieszkanie i skomentowała kurz na półkach: „Widać, że nie masz nawyków z domu rodzinnego.”
Wtedy nie wytrzymałam:
– Pani Halino, proszę już wyjść.
Spojrzała na mnie z pogardą:
– To jest mieszkanie mojego syna! Ty tu jesteś tylko gościem.
Marcin milczał. Stał pod ścianą i patrzył w podłogę.
Po tej scenie zaczęłam myśleć o rozwodzie. Ale bałam się – o siebie i o Szymona. Wychowałam się w domu, gdzie rodzice byli razem mimo trudności. Nie chciałam zabierać synowi ojca.
Ale sytuacja stawała się coraz bardziej nie do zniesienia. Marcin coraz częściej nocował u matki pod pretekstem jej złego samopoczucia. Gdy próbowałam z nim rozmawiać:
– Marcinie, musimy coś zmienić…
– Zawsze ci coś nie pasuje! Moja mama jest chora!
– A ja? Czy ja się nie liczę?
– Przestań robić sceny!
Czułam się jak powietrze.
W końcu przyszedł dzień przesilenia – Wigilia Bożego Narodzenia. Marcin oznajmił rano:
– Jedziemy do mamy na kolację.
– Ale obiecałeś Szymonowi wspólne święta tutaj!
– Mama jest sama! Musimy być z nią!
Szymon rozpłakał się: „Mamo, ja chcę być z tobą!”
Wtedy podjęłam decyzję.
Po świętach spakowałam walizkę i zadzwoniłam do mojej siostry w Tarnowie:
– Magda… czy mogę przyjechać na jakiś czas?
– Ania! Przyjeżdżaj natychmiast! Czekamy na was!
Zostawiłam Marcinowi list:
„Nie mogę dłużej żyć w cieniu twojej matki. Jeśli kiedyś zdecydujesz się być mężem i ojcem – będziemy czekać.”
Przez pierwsze tygodnie płakałam codziennie. Szymon tęsknił za tatą – pytał o niego każdego dnia. Marcin dzwonił rzadko; kiedy już rozmawialiśmy, słyszałam tylko wyrzuty:
– Zniszczyłaś naszą rodzinę!
– To twoja matka ją zniszczyła…
Po kilku miesiącach zaczęłam odzyskiwać spokój. Znalazłam pracę w lokalnej bibliotece. Szymon poszedł do nowej szkoły i powoli odzyskiwał radość życia.
Marcin pojawił się po pół roku – stał w drzwiach Magdy z bukietem róż i łzami w oczach:
– Aniu… przepraszam… Mama jest chora… Potrzebuję was…
Spojrzałam mu prosto w oczy:
– A kiedy my cię potrzebowaliśmy?
Nie odpowiedział.
Dziś jestem silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Wiem już, że nie można budować szczęścia na cudzych oczekiwaniach i cudzej aprobacie.
Czasem patrzę na Szymona i zastanawiam się: czy lepiej było walczyć do końca o rodzinę za wszelką cenę? Czy może czasem trzeba odejść – dla dobra własnego dziecka i siebie samej? Co wy byście zrobili na moim miejscu?