Milczałam przez dekadę – historia o winie, rodzinie i prawdzie, która niszczy wszystko
Drzwi trzasnęły z hukiem, a echo tego dźwięku rozniosło się po całym mieszkaniu. Stałam w przedpokoju z walizką w ręku, a moja matka – pani Danuta – patrzyła na mnie z takim rozczarowaniem, że aż ścisnęło mnie w gardle. – Naprawdę chcesz to zrobić, Marto? – zapytała cicho, niemal błagalnie. – Po tylu latach?
Nie odpowiedziałam. W mojej głowie kłębiły się słowa, których nie wypowiedziałam przez dziesięć lat. Słowa, które mogłyby zmienić wszystko, gdybym tylko odważyła się je wypowiedzieć wcześniej. Ale wtedy byłam młoda, przestraszona i przekonana, że milczenie jest lepsze niż prawda.
Mój ojciec, pan Zbigniew, siedział przy kuchennym stole i udawał, że czyta gazetę. Ale widziałam, jak drżą mu ręce. Mój młodszy brat Krzysiek stał w drzwiach swojego pokoju i patrzył na mnie z wyrzutem. Wszyscy wiedzieliśmy, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Nikt nie był gotowy.
– Marta, proszę… – Matka podeszła do mnie i chwyciła mnie za ramię. – Nie zostawiaj nas tak po prostu. Powiedz coś.
– Co mam powiedzieć? – wybuchłam w końcu. – Że przez dziesięć lat udawałam? Że przez dziesięć lat patrzyłam wam w oczy i milczałam? Że pozwoliłam, żebyście żyli w kłamstwie?
W kuchni zapadła cisza. Słychać było tylko szum ulicy za oknem i cichy płacz mojej siostry Julii z pokoju obok.
– To nie twoja wina – powiedział ojciec niespodziewanie. – To ja powinienem był wtedy…
– Nie! – przerwałam mu gwałtownie. – To ja widziałam wszystko tamtego dnia. Ja wiedziałam o zdradzie cioci Iwony z twoim najlepszym przyjacielem. Ja widziałam ich razem na klatce schodowej, kiedy myśleli, że nikt nie patrzy. I co zrobiłam? Nic! Milczałam!
Matka zakryła usta dłonią. Krzysiek odwrócił wzrok.
– Bałam się… – głos mi się załamał. – Bałam się, że jeśli powiem prawdę, to wszystko się rozpadnie. Że już nigdy nie będziemy rodziną.
– Ale przecież… – Matka próbowała coś powiedzieć, ale nie mogła znaleźć słów.
– Przez dziesięć lat patrzyłam na ciocię Iwonę i wujka Andrzeja podczas świąt przy jednym stole. Udawali szczęśliwych, a ja wiedziałam, że to wszystko jest farsą! – łzy płynęły mi po policzkach. – A wyście się dziwili, dlaczego nie chcę jeździć na Wigilię…
Ojciec spuścił głowę. – Marta…
– A potem ciocia zachorowała na raka i wszyscy byliście przy niej, a ja nie potrafiłam nawet jej odwiedzić w szpitalu! Bo nie mogłam patrzeć jej w oczy! Bo wiedziałam!
Krzysiek podszedł do mnie i ścisnął moją dłoń.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – zapytał cicho.
– Bo byłeś dzieckiem! Bo nie chciałam ci zabierać dzieciństwa! Bo myślałam, że jeśli będę milczeć, to może to wszystko samo się naprawi…
Matka usiadła ciężko na krześle.
– I co teraz? – spytała bezradnie.
– Teraz? Teraz muszę odejść. Nie potrafię już tu być. Każdy kąt tego mieszkania przypomina mi o tym kłamstwie.
Nagle do mieszkania wszedł mój mąż Paweł. Spojrzał na mnie pytająco.
– Gotowa? – zapytał cicho.
Skinęłam głową i ruszyłam do drzwi.
– Marto! – Matka zerwała się z miejsca. – Nie możesz tak po prostu odejść! Jesteśmy rodziną!
Odwróciłam się jeszcze raz.
– Rodzina powinna być oparta na prawdzie – powiedziałam gorzko. – A my przez dziesięć lat żyliśmy w kłamstwie. Przez moje milczenie.
Wyszłam z mieszkania i poczułam ulgę pomieszaną z bólem. Na klatce schodowej spotkałam sąsiadkę panią Halinę.
– Ojej, Martusia… Co się stało? Znowu jakaś awantura?
Uśmiechnęłam się smutno.
– Czasem trzeba zrobić awanturę, żeby w końcu zacząć żyć naprawdę.
Zeszliśmy z Pawłem po schodach na parking. Wsiadłam do samochodu i spojrzałam na blok, w którym spędziłam całe życie.
– Myślisz, że kiedyś mi wybaczą? – zapytałam Pawła.
Objął mnie ramieniem.
– Najpierw musisz wybaczyć sobie.
Patrzyłam przez okno na szare niebo nad Warszawą i zastanawiałam się: czy lepiej żyć w kłamstwie dla świętego spokoju, czy wybrać prawdę za wszelką cenę? Czy można naprawić rodzinę po tylu latach milczenia? Co wy byście zrobili na moim miejscu?