Mój mąż nie chce pomóc mojej mamie, bo kiedyś wyrzuciła go z domu. Teraz ona ma mu to za złe – czy można naprawić taką rodzinę?

– Nie, Anka, nie zrobię tego. – Głos mojego męża był twardy jak stal, a w jego oczach widziałam cień, którego nie potrafiłam rozproszyć od lat. – Nie pojadę do twojej matki. Nie po tym wszystkim.

Stałam w kuchni, ściskając w dłoni kubek z herbatą, który nagle wydał mi się zbyt ciężki. Za oknem padał deszcz, a krople bębniły o parapet jakby chciały podkreślić napięcie w powietrzu. W głowie miałam mętlik. Moja mama, Zofia, zadzwoniła godzinę temu. Z płaczem opowiadała, że przewróciła się na schodach i nie może wstać z łóżka. Potrzebowała pomocy, a ja… ja nie miałam prawa jazdy, nie miałam samochodu. Tylko mój mąż, Marek, mógł ją zawieźć do lekarza.

Ale Marek nie chciał. I wiedziałam dlaczego.

To wszystko zaczęło się dziesięć lat temu, kiedy Marek przyjechał do naszego miasta z małej wsi pod Siedlcami. Był wtedy młody, pełen marzeń, chciał studiować inżynierię na Politechnice Warszawskiej. Poznaliśmy się na uczelni, zakochaliśmy się w sobie niemal od razu. Ale moja mama nigdy nie zaakceptowała Marka. Uważała, że „wiejski chłopak” nie jest dla mnie odpowiedni. Że nie ma manier, że nie zna życia w mieście, że nie ma perspektyw.

Pamiętam tamtą noc, jakby to było wczoraj. Byliśmy już po zaręczynach, a Marek mieszkał u nas, bo nie stać go było na stancję. Mama wróciła z pracy wcześniej niż zwykle. Zastała nas w kuchni, śmiejących się, gotujących razem obiad. Wtedy wybuchła. – Wynoś się! – krzyknęła do Marka. – Nie będziesz pasożytował na mojej córce! Nie chcę cię tu widzieć!

Marek spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a potem na nią. – Pani Zofio, ja tylko…

– Wynoś się! – powtórzyła, a jej głos był lodowaty. – I nie wracaj!

Tamtej nocy Marek spakował swoje rzeczy do starej torby sportowej i wyszedł. Stałam w oknie, patrząc jak odchodzi w deszczu, a łzy spływały mi po policzkach. Próbowałam przekonać mamę, żeby go przyjęła z powrotem, ale była nieugięta. – Nie będę utrzymywać obcego chłopa – powtarzała.

Marek przez kilka miesięcy spał u kolegów, czasem w akademiku, czasem na podłodze w wynajętym pokoju. Pracował na budowie, żeby mieć na jedzenie i książki. Ale nie poddał się. Skończył studia z wyróżnieniem, dostał dobrą pracę w fabryce, a potem… oświadczył mi się po raz drugi. Wzięliśmy ślub, mimo sprzeciwu mojej mamy. Przyszła na wesele, ale nie zatańczyła ani jednego tańca z Markiem. Przez lata ich relacje były chłodne, niemal nie istniały.

A teraz… teraz mama była bezradna i potrzebowała pomocy. I tylko Marek mógł jej pomóc.

– Marek, proszę cię – zaczęłam cicho. – Ona jest sama. Nie ma nikogo poza nami.

– Anka, ona mnie nienawidzi – odpowiedział, nie patrząc mi w oczy. – Przypominasz sobie, co powiedziała na naszym ślubie? Że „jeszcze będziesz żałować”? Że „tacy jak ja zawsze ciągną innych na dno”?

– To było dawno…

– Ale nie przeprosiła. Nigdy. Nawet raz nie powiedziała, że żałuje. Zawsze patrzy na mnie jak na intruza.

Zamilkłam. Wiedziałam, że Marek ma rację. Mama nigdy nie przeprosiła. Nawet kiedy urodził się nasz syn, Michał, nie przyszła do szpitala. Przysłała tylko kartkę z gratulacjami. Przez lata widywaliśmy się rzadko, głównie na święta. Rozmowy były krótkie, pełne napięcia.

Ale teraz…

– Marek, ona jest moją matką. – Głos mi się załamał. – Nie mogę jej zostawić samej. Proszę cię, zrób to dla mnie. Nie dla niej. Dla mnie.

Marek milczał przez dłuższą chwilę. W końcu westchnął ciężko.

– Dobrze. Ale tylko dlatego, że cię kocham. – W jego głosie nie było czułości, tylko zmęczenie. – Ale nie licz na to, że będę udawał, że nic się nie stało.

Pojechaliśmy do mamy. Całą drogę milczeliśmy. W samochodzie panowała cisza, którą przerywał tylko szum wycieraczek. Kiedy weszliśmy do mieszkania, mama leżała na kanapie, blada, z opuchniętą nogą. Spojrzała na Marka z niechęcią.

– Przyszliście w końcu – mruknęła. – Myślałam, że się nie doczekam.

Marek bez słowa podszedł, pomógł jej wstać, zaprowadził do samochodu. W drodze do szpitala mama narzekała na wszystko: na pogodę, na lekarzy, na to, że „nie ma już na kogo liczyć”. Ani razu nie podziękowała Markowi. Ani razu nie spojrzała mu w oczy.

Po powrocie do domu Marek zamknął się w łazience. Słyszałam, jak odkręca wodę, jak oddycha ciężko. Wiedziałam, że to dla niego za dużo. Że ta rana nigdy się nie zagoiła.

Wieczorem, kiedy Michał już spał, usiadłam obok Marka na kanapie. – Przepraszam – powiedziałam cicho. – Wiem, że to dla ciebie trudne.

– Anka, ja nie chcę jej nienawidzić – odpowiedział. – Ale ona nigdy nie dała mi szansy. Nigdy nie zobaczyła, kim jestem naprawdę. Dla niej zawsze będę tym „wieśniakiem”. Nawet teraz, kiedy jej pomogłem, nawet nie powiedziała dziękuję.

– Może… może ona też nie potrafi przeprosić? Może się boi?

Marek spojrzał na mnie smutno. – Może. Ale ile można czekać?

Przez kolejne dni opiekowałam się mamą, jeździłam do niej po pracy, robiłam zakupy, gotowałam obiady. Marek nie chciał już tam wracać. Michał pytał, dlaczego tata nie jedzie z nami. – Tata jest zmęczony – odpowiadałam wymijająco.

Pewnego wieczoru, kiedy mama poczuła się lepiej, usiadłam z nią przy stole. – Mamo, dlaczego nie możesz po prostu porozmawiać z Markiem? Przecież on ci pomógł. On nie jest twoim wrogiem.

Mama spojrzała na mnie z wyrzutem. – Ty nic nie rozumiesz, Aniu. On cię odciągnął ode mnie. Przez niego jesteś inna. Zawsze myślałam, że będziesz miała lepsze życie.

– Mamo, mam dobre życie. Kocham Marka. On mnie szanuje, dba o mnie. To ty nie chcesz tego zobaczyć.

– On nigdy nie będzie moim synem – powiedziała cicho. – Nigdy mu nie wybaczę, że cię odebrał.

Wyszłam z mieszkania z ciężkim sercem. Wiedziałam, że ta rozmowa niczego nie zmieniła. Mama była zbyt dumna, zbyt zraniona, żeby przyznać się do błędu. Marek był zbyt dumny, żeby prosić o przebaczenie, którego nigdy nie otrzyma.

Minęły tygodnie. Mama wróciła do zdrowia, ale nasze relacje pozostały napięte. Marek unikał spotkań rodzinnych, a ja czułam się rozdarta między dwiema najważniejszymi osobami w moim życiu. Michał dorastał, widząc, że w naszej rodzinie są tematy, o których się nie mówi.

Czasem zastanawiam się, czy można naprawić coś, co zostało tak głęboko zranione. Czy można wybaczyć, kiedy nikt nie chce zrobić pierwszego kroku? Czy rodzina zawsze musi być miejscem bólu i żalu?

Może powinnam spróbować jeszcze raz. Może powinnam poprosić mamę, żeby porozmawiała z Markiem. Może powinnam poprosić Marka, żeby spróbował zrozumieć moją mamę. Ale czy to ma sens, jeśli oboje nie chcą się zmienić?

Czasem patrzę na mojego syna i myślę: czy on też kiedyś będzie musiał wybierać między rodziną a miłością? Czy można przerwać ten łańcuch nieporozumień i żalu?

A wy? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy warto walczyć o rodzinę, kiedy wszyscy są już zmęczeni walką?