„Moja córka wykrzyczała mi w twarz, że zniszczyłam jej życie. A ja tylko chciałam pomóc”
Drzwi trzasnęły tak mocno, że aż zadrżały szyby w oknach. Stałam w przedpokoju z rękami drżącymi od gniewu i bezsilności, a w uszach dźwięczały mi słowa, których nigdy nie chciałam usłyszeć: „Zniszczyłaś mi życie! Nigdy nie pozwoliłaś mi być sobą!”
Mam na imię Grażyna. Mam 54 lata i mieszkam w niewielkim bloku na warszawskim Ursynowie. Zawsze byłam kobietą twardą, nauczyło mnie tego życie – mąż zostawił mnie, gdy nasza córka miała zaledwie cztery lata. Z dnia na dzień zostałam sama z małą Olą i kredytem na mieszkanie. Pracowałam na dwa etaty – rano w szkole jako nauczycielka matematyki, po południu korepetycje. Nie miałam czasu na łzy ani żal. Musiałam być silna dla niej.
Ola była moim oczkiem w głowie. Wszystko robiłam dla niej – najlepsze ubrania, dodatkowe zajęcia, wyjazdy nad morze, nawet wtedy, gdy ledwo starczało nam do pierwszego. Chciałam, żeby miała lepiej niż ja. Moja mama zawsze powtarzała: „Dzieci trzeba trzymać krótko, bo inaczej wejdą ci na głowę”. Ja jednak wierzyłam, że miłość i troska wystarczą.
Kiedy Ola była nastolatką, zaczęły się pierwsze konflikty. Chciała chodzić na imprezy, spotykać się z koleżankami do późna. Ja się bałam – świat jest niebezpieczny, a ona taka naiwna…
– Mamo, wszyscy idą na ognisko do parku! – prosiła pewnego wieczoru.
– Ola, jest już ciemno. Nie pójdę spać, dopóki nie wrócisz. Nie możesz zostać dłużej niż do dziesiątej.
– Ty mnie nigdy nie rozumiesz! – rzuciła plecakiem o podłogę i zatrzasnęła drzwi do swojego pokoju.
Wtedy myślałam, że to zwykłe nastoletnie bunty. Ale z czasem zaczęło być coraz gorzej. Ola zamykała się w sobie, przestała ze mną rozmawiać. Zaczęła przynosić słabe oceny ze szkoły. Pewnego dnia znalazłam pod jej poduszką list od psychologa szkolnego – prosił o kontakt w sprawie jej stanu psychicznego.
Serce mi zamarło. Czy naprawdę aż tak ją zawiodłam? Zaczęłam ją kontrolować jeszcze bardziej – sprawdzałam telefon, pytałam o każdy szczegół dnia. Myślałam, że to ją ochroni.
– Mamo, duszę się tu! – krzyczała podczas jednej z kłótni.
– Robię to dla twojego dobra! – odpowiadałam z płaczem.
Kiedy skończyła liceum i dostała się na studia na Politechnice Warszawskiej, byłam dumna jak paw. Ale Ola coraz częściej wracała do domu późno, czasem nawet nie nocowała w domu.
– Gdzie byłaś?! – pytałam z wyrzutem.
– U Kamila. Przecież mówiłam ci już sto razy!
– Nie podoba mi się ten chłopak. Jest za stary dla ciebie!
– To moje życie!
Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w jej oczach prawdziwą nienawiść.
Kiedy Ola miała 22 lata, zaszła w ciążę. Kamil nie chciał dziecka – uciekł za granicę i przestał odbierać telefony. Ola wróciła do domu zapłakana i rozbita.
– Mamo… ja nie dam rady sama…
– Dasz radę! Ja ci pomogę! – przytuliłam ją mocno.
Przez kolejne miesiące byłam przy niej na każde skinienie – chodziłam z nią do lekarza, gotowałam jej ulubione potrawy, nawet nocami czuwałam przy jej łóżku, gdy miała mdłości. Kiedy urodziła się mała Zosia, pokochałam ją od pierwszego wejrzenia.
Ale wtedy zaczęły się prawdziwe schody. Ola była zmęczona, rozdrażniona, często płakała bez powodu. Ja próbowałam wszystko ogarnąć – pranie, sprzątanie, zakupy, opieka nad wnuczką…
– Mamo, daj mi spokój! Chcę sama zająć się Zosią!
– Ale przecież nie dajesz sobie rady!
– Bo ty mi nie pozwalasz!
Pewnego dnia wróciłam z pracy i zobaczyłam Olę siedzącą na podłodze w kuchni. Płakała tak głośno, że aż serce mi pękło.
– Co się stało?
– Ja już nie mogę… Ty wszystko robisz lepiej ode mnie… Nawet Zosia bardziej cię lubi niż mnie…
– Córeczko…
– Wyjdź! Po prostu wyjdź!
Zamknęła się z Zosią w pokoju i przez kilka dni prawie ze mną nie rozmawiała. Czułam się jak intruz we własnym domu.
Kilka tygodni później Ola oznajmiła mi, że wyprowadza się do koleżanki.
– Muszę spróbować żyć sama. Bez ciebie.
– Ale jak dasz sobie radę?
– Lepiej niż tutaj!
I wtedy padły te słowa:
– Zniszczyłaś mi życie! Nigdy nie pozwoliłaś mi być sobą!
Zostałam sama w pustym mieszkaniu. Przez pierwsze dni chodziłam jak cień – nie mogłam spać ani jeść. W pracy wszyscy pytali, co się stało, ale nie miałam siły odpowiadać.
Po kilku tygodniach Ola zadzwoniła:
– Mamo… przepraszam za wszystko…
– Ja też przepraszam…
Spotkałyśmy się w kawiarni na Mokotowie. Było niezręcznie jak nigdy wcześniej.
– Wiesz… ja wiem, że chciałaś dobrze… Ale ja muszę popełniać własne błędy.
– Bałam się o ciebie…
– Wiem. Ale czasem trzeba pozwolić dziecku upaść.
Dziś widujemy się rzadko. Ola radzi sobie sama – pracuje jako graficzka komputerowa i wychowuje Zosię najlepiej jak potrafi. Ja nauczyłam się żyć dla siebie – chodzę na jogę, spotykam się z koleżankami z pracy, czasem wyjeżdżam nad morze sama.
Ale w sercu ciągle mam żal i pytanie: czy można kochać za bardzo? Czy nadopiekuńczość to naprawdę największy grzech matki? Może czasem lepiej odpuścić i pozwolić dziecku żyć po swojemu? Co wy o tym myślicie?