„Nie oddam domu, choćbyście mnie mieli wynieść” — jak mój siedemdziesięcioletni tata wciąż trzyma naszą rodzinę w garści
„Nie dotykaj tego, Anka. Mówię ci, nie dotykaj!” — głos taty przeciął ciszę tak ostro, że aż cofnęłam rękę, jakbym dotknęła rozgrzanego żelaza.
Stałam w jego kuchni, tej samej, w której kiedyś mama mieszała rosół i śmiała się, że „w tym domu nawet łyżki mają swoje miejsce”. Teraz na stole leżały porozrzucane rachunki, stara koperta z banku i mały, pognieciony notes. Tata, siedemdziesięcioletni, z twarzą zmęczoną, ale dumną, stał oparty o framugę i patrzył na mnie tak, jakbyśmy byli obcymi ludźmi.
— Tato, ja tylko… — zaczęłam, ale zabrakło mi słów. Bo jak powiedzieć „chcę ci pomóc”, kiedy ktoś słyszy w tym „chcę cię kontrolować”?
— Ty tylko zawsze „tylko”. A potem się okazuje, że już wszystko wiecie lepiej — warknął. — Wojtek też? Też już ustaliliście, co ze mną zrobicie?
W tym momencie zadzwonił telefon. Na ekranie: „Wojtek”. Jak na złość.
— Odbierz — rzucił tata. — Niech powie, co wymyślił.
Odebrałam, czując, jak serce wali mi w gardło.
— Anka? Jesteś u taty? — głos Wojtka był napięty. — Słuchaj, dzwoniła do mnie pani z przychodni. Tata nie przyszedł na badania. I… i podobno ktoś pytał w urzędzie o jego działkę.
Spojrzałam na tatę. Zaciął szczękę, jakby właśnie połknął coś gorzkiego.
— Słyszysz? — powiedziałam cicho. — Ktoś pytał o działkę. Co się dzieje?
— Nic się nie dzieje — uciął. — A wy przestańcie robić ze mnie wariata.
To był początek dnia, który miał nas wszystkich rozedrzeć.
Od śmierci mamy minęły dwa lata, a ja wciąż łapałam się na tym, że jadąc do taty, odruchowo kupuję jej ulubione krówki. Potem przypominałam sobie, że już nie otworzy drzwi, nie powie: „Anka, schudłaś czy mi się wydaje?”, nie poprawi mi włosów jak dziecku. Został tata — i to on, paradoksalnie, stał się sercem naszej rodziny. Nie dlatego, że był ciepły i wylewny. On był jak piec kaflowy: milczący, ciężki, ale bez niego dom robił się zimny.
Mieszkał sam w małym domku na przedmieściach Poznania, w miejscu, gdzie kiedyś były pola, a teraz wyrastały nowe osiedla, szeregowce i banery „Inwestycja marzeń”. Jego domek wyglądał przy nich jak uparty staruszek wśród młodych, głośnych ludzi. I tata był dokładnie taki sam.
Z Wojtkiem oboje mieliśmy swoje rodziny. Ja — męża, Piotra, i dwójkę dzieci, które wiecznie gdzieś pędziły: szkoła, trening, korepetycje. Wojtek — żonę, Magdę, i małego Jasia, który dopiero uczył się mówić „dziadek”. A mimo to, co tydzień krążyliśmy wokół taty jak satelity. Zakupy, lekarz, rachunki, czasem obiad. Czasem tylko to, żeby posiedzieć i posłuchać, jak narzeka na politykę, ceny w sklepie i „tych młodych, co nie potrafią nawet gwoździa wbić”.
Tata nigdy nie powiedział wprost, że jest samotny. Ale samotność widać w drobiazgach: w dwóch talerzach, które wciąż stały w kredensie na wierzchu, jakby mama miała zaraz wrócić; w fotelu, na którym leżał jej stary szal; w tym, że telewizor grał nawet wtedy, gdy nikt go nie oglądał.
Po śmierci mamy obiecaliśmy sobie z Wojtkiem jedno: nie pozwolimy, żeby tata zgasł.
Tylko że tata nie chciał być ratowany.
— Ja nie jestem dzieckiem — powtarzał. — Nie będziecie mi mówić, kiedy mam jeść i kiedy mam spać.
— Nikt ci nie mówi — odpowiadał Wojtek, ale w jego głosie zawsze było coś, co tatę drażniło. Taka nuta „wiem lepiej”.
A ja… ja byłam między nimi. Zawsze byłam. Od dzieciństwa.
Kiedy byliśmy mali, Wojtek był tym, który krzyczał i trzaskał drzwiami. Ja byłam tą, która zbierała kawałki. Mama mówiła: „Anka, ty masz serce po mnie”. Tata dodawał: „A rozum po mnie”. I może dlatego teraz to ja próbowałam rozumieć wszystkich naraz.
Tego dnia, kiedy tata krzyczał, a Wojtek dzwonił z informacją o urzędzie, poczułam, że coś się przesuwa pod powierzchnią. Jak pęknięcie w lodzie.
— Tato, powiedz mi prawdę — poprosiłam, starając się mówić spokojnie. — Czy ty coś podpisywałeś? Ktoś do ciebie przychodził?
— Nikt nie przychodził — odburknął. — A nawet jakby przyszedł, to co? To mój dom.
— Właśnie dlatego pytam — powiedziałam. — Bo to twój dom. I boimy się, że ktoś cię naciąga.
Wtedy tata zrobił coś, czego nie widziałam u niego od lat. Usiadł ciężko na krześle i przez chwilę patrzył w stół, jakby nagle zabrakło mu sił.
— Wy się boicie — powiedział cicho. — A ja się boję jeszcze bardziej.
Zamarłam.
— Czego? — zapytałam.
Podniósł na mnie wzrok. W jego oczach było coś, co mnie przeraziło: wstyd.
— Że zostanę wam ciężarem — wyszeptał. — Że będziecie mnie wozić jak worek kartofli. Że Piotr będzie przewracał oczami, a Magda będzie liczyć, ile razy w tygodniu trzeba do mnie przyjechać.
— Tato… — zaczęłam, ale on machnął ręką.
— Nie mów mi „tato” takim tonem. Ja wiem, jak to jest. Widziałem, jak mama odchodziła. Widziałem, jak się męczyliście. I ja nie chcę tego.
Wtedy zrozumiałam, że jego upór nie jest tylko uporem. To była obrona.
Ale to nie tłumaczyło urzędu. Ani rachunków. Ani tej koperty z banku.
— A te rachunki? — wskazałam na stół. — Czemu jest tego tyle? Czemu nie powiedziałeś?
— Bo nie muszę wam się spowiadać — odburknął, ale już bez tej agresji. — I nie chcę, żebyście się kłócili.
Zaśmiałam się krótko, gorzko.
— Tato, my już się kłócimy.
Wojtek przyjechał godzinę później. Wpadł do domu jak burza, w kurtce, z twarzą czerwoną od emocji.
— Co ty wyprawiasz? — rzucił od progu. — Czemu nie byłeś na badaniach?
— Bo nie miałem ochoty — odpowiedział tata lodowato.
— To nie jest „ochota”! — Wojtek podniósł głos. — To jest serce, ciśnienie, cukier! Ty myślisz, że jesteś niezniszczalny?
— A ty myślisz, że jesteś moim ojcem? — tata wstał. — Nie będziesz mi rozkazywał.
Wojtek spojrzał na mnie, jakby szukał wsparcia.
— Anka, powiedz mu.
I wtedy poczułam, jak wraca stary schemat: oni dwaj naprzeciwko siebie, a ja pośrodku, jak lina w przeciąganiu.
— Przestańcie — powiedziałam. — Obaj.
Tata prychnął.
— Widzisz? Nawet ona ma dość.
— Nie, tato — odpowiedziałam, czując, że łzy cisną mi się do oczu. — Ja mam dość tego, że udajesz, że wszystko jest w porządku.
Wojtek podszedł do stołu, wziął kopertę z banku.
— Co to jest? — zapytał.
Tata rzucił się w jego stronę.
— Zostaw!
— Nie! — Wojtek odsunął się. — Jeśli ktoś cię oszukuje, musimy wiedzieć.
— Nikt mnie nie oszukuje! — krzyknął tata, ale głos mu zadrżał.
Wojtek otworzył kopertę. Wyciągnął pismo. Przeczytał i zbladł.
— Kredyt? — wyszeptał. — Ty wziąłeś kredyt?
Cisza była tak gęsta, że słyszałam tykanie zegara na ścianie. Tego samego, który mama nakręcała co niedzielę.
— Na co? — zapytałam.
Tata usiadł z powrotem, jakby nagle ugięły się pod nim nogi.
— Na pogrzeb — powiedział cicho.
Wojtek otworzył usta, ale nie wydobył z siebie dźwięku.
— Przecież… — zaczęłam. — Przecież my płaciliśmy.
— Wy płaciliście za trumnę i za stypę — odpowiedział tata, a w jego głosie była gorycz. — A ja płaciłem za resztę. Za miejsce, za pomnik, za te wszystkie „opłaty”, o których nikt nie mówi, dopóki nie stoisz pod ścianą. I za leki. I za rehabilitację. I za to, że mama chciała jeszcze raz pojechać nad morze, zanim…
Zamilkł.
— Czemu nam nie powiedziałeś? — zapytał Wojtek, już ciszej.
Tata spojrzał na niego ostro.
— Bo ty byś zrobił awanturę. Bo Magda by powiedziała, że trzeba sprzedać dom. Bo Piotr by zaczął liczyć. A ja chciałem, żeby mama odeszła spokojnie. Żeby nie słyszała, jak się kłócicie o pieniądze.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Bo nagle zobaczyłam tamten czas inaczej: nie tylko jako naszą żałobę, ale jako jego samotną walkę, o której nie mieliśmy pojęcia.
— I dlatego ktoś pytał o działkę? — zapytałam.
Tata spuścił wzrok.
— Przyszedł taki jeden. Mirek. Mówił, że pomoże. Że zna się na papierach. Że można „uporządkować sprawy”, żebyście nie mieli problemu po mojej śmierci.
— Po twojej śmierci?! — Wojtek znów wybuchł. — Ty już planujesz śmierć?
— A co, mam udawać, że będę żył wiecznie? — tata podniósł głos. — Mam siedemdziesiąt lat! Mama nie dożyła! Ja nie chcę, żebyście potem biegali po urzędach.
— I co ci kazał podpisać? — zapytałam.
Tata milczał.
— Tato — powiedziałam, tym razem twardo. — Co podpisałeś?
W końcu wyjął z szuflady plik papierów. Drżały mu ręce.
— Umowę przedwstępną — wyszeptał. — Na sprzedaż kawałka działki. Tylko kawałka. Mówił, że to nic. Że i tak nie używam.
Wojtek wyrwał mu papiery i zaczął czytać. Jego twarz robiła się coraz bardziej napięta.
— To nie jest „kawałek” — powiedział przez zęby. — To jest prawie wszystko. Zostaje ci skrawek przy domu. I jeszcze… — przerwał, jakby nie wierzył. — Kara umowna. Jak się wycofasz, płacisz tyle, że…
— Ja nie mam tyle — powiedział tata cicho.
Wtedy zrozumiałam, dlaczego był taki agresywny, dlaczego nie chciał, żebyśmy dotykali papierów. On nie bronił swojej niezależności. On bronił swojego wstydu.
— Tato, to jest oszustwo — powiedziałam, czując, jak łzy spływają mi po policzkach. — Musimy iść do prawnika.
— Nie będę chodził po prawnikach — burknął, ale już bez przekonania.
— Będziesz — powiedział Wojtek. I pierwszy raz w jego głosie nie było rozkazu, tylko strach. — Bo jak nie, to cię zjedzą żywcem.
Tata spojrzał na nas oboje. W jego oczach pojawiło się coś, czego nie widziałam od pogrzebu mamy: bezradność.
— Ja chciałem tylko… — zaczął, ale głos mu się załamał. — Chciałem, żebyście mieli spokój.
Wojtek usiadł obok niego. Przez chwilę wyglądał jak chłopiec, nie jak czterdziestoletni facet.
— Tato — powiedział cicho. — My nie chcemy spokoju bez ciebie.
A ja poczułam, że to zdanie jest jak klucz, który otwiera coś zardzewiałego.
Tego wieczoru siedzieliśmy w trójkę w kuchni. Zrobiłam herbatę, tak jak robiła mama: mocną, z cytryną, w szklankach w koszyczkach. Tata patrzył na te koszyczki długo, jakby widział w nich jej dłonie.
— Pamiętacie, jak mama kazała wam myć buty przed wejściem? — zapytał nagle.
Wojtek parsknął śmiechem, choć miał czerwone oczy.
— Jakbym mógł zapomnieć. Raz wróciłem z boiska cały w błocie i…
— I dostałeś szmatą po łbie — dokończyłam, a potem wszyscy troje zaśmialiśmy się przez łzy.
Śmiech był jak plaster, ale pod nim wciąż pulsował ból.
Bo wiedziałam, że to nie koniec. Że jutro trzeba będzie dzwonić, jechać do urzędu, szukać prawnika, może na policję. Że Mirek może nie odpuścić. Że tata będzie się wstydził. Że Wojtek będzie chciał działać szybko, a ja będę próbowała łagodzić.
I że w tle jest jeszcze coś: pytanie, którego nikt nie wypowiedział na głos, ale które wisiało w powietrzu jak dym.
Co dalej z tatą?
Czy ma zostać sam w tym domku, który jest dla niego ostatnią kotwicą po mamie? Czy mamy go namawiać, żeby zamieszkał bliżej nas? Czy to będzie troska, czy przemoc ubrana w dobre intencje?
Kiedy wychodziłam, tata odprowadził mnie do drzwi. Na chwilę położył rękę na moim ramieniu.
— Anka — powiedział cicho. — Ja nie chciałem was skrzywdzić.
— Wiem, tato — odpowiedziałam. — Ale czasem milczenie też krzywdzi.
W samochodzie siedziałam jeszcze chwilę, zanim odpaliłam silnik. Patrzyłam na jego domek, na światło w kuchni, na cień taty przesuwający się za firanką. I pomyślałam, że ten dom jest jak nasze serce: stary, popękany, ale wciąż bije.
Tylko ile jeszcze wytrzyma, jeśli będziemy udawać, że wszystko da się załatwić po cichu?
Czy miłość do rodzica polega na tym, żeby spełniać jego wolę, nawet jeśli prowadzi go w przepaść… czy na tym, żeby czasem powiedzieć „nie”, choć potem patrzy na ciebie jak na zdrajcę?