Nie wiem, ile mama dostaje emerytury – czy to naprawdę nie moja sprawa?

– A ty wiesz, ile twoja mama dostaje emerytury? – zapytała mnie nagle Kasia podczas przerwy na kawę w pracy. Zaskoczyła mnie tym pytaniem, bo nigdy wcześniej nie rozmawiałyśmy o takich sprawach. Przez chwilę poczułam się nieswojo, jakby ktoś zaglądał mi do portfela, choć przecież nie chodziło o moje pieniądze. – Nie wiem, to jej sprawa – odpowiedziałam szybko, może nawet zbyt ostro. – To jej pieniądze, jej emerytura. Dlaczego miałabym wiedzieć, ile dostaje?

Kasia spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem, a potem wzruszyła ramionami. – Wiesz, ja co miesiąc przelewam mamie trochę pieniędzy. Ona nigdy nie prosi, ale wiem, że jej ciężko. Zresztą, odkąd tata zmarł, wszystko jest na jej głowie.

Przez resztę dnia nie mogłam przestać o tym myśleć. Czy powinnam wiedzieć, ile mama dostaje emerytury? Czy powinnam jej pomagać finansowo? Zawsze wydawało mi się, że to nie moja sprawa. Mama była dumna, samodzielna, nigdy nie narzekała. Kiedyś, gdy próbowałam zapytać ją o pieniądze, odparła tylko: „Nie martw się o mnie, Marto. Poradzę sobie. Ty masz swoje życie.”

Ale czy naprawdę sobie radziła? Ostatnio coraz częściej widziałam, jak liczy drobne w portfelu, zanim kupi coś w sklepie. Czasem mówiła, że nie ma ochoty na kawę na mieście, choć kiedyś uwielbiała nasze wspólne wyjścia. Zawsze tłumaczyła się zmęczeniem albo brakiem czasu. Może po prostu nie chciała, żebym widziała, jak bardzo musi oszczędzać?

Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się pytania, na które nie znałam odpowiedzi. Czy jestem złą córką, bo nie interesuję się jej sytuacją finansową? Czy powinnam była zapytać ją o emeryturę, nawet jeśli ona tego nie chciała?

Następnego dnia po pracy postanowiłam odwiedzić mamę. Kupiłam jej ulubione ciastka i kawę, żeby nie przyszłam z pustymi rękami. Kiedy weszłam do jej mieszkania, od razu poczułam znajomy zapach świeżo upieczonego chleba. Mama zawsze piekła chleb w soboty, choć teraz był środek tygodnia. – Coś się stało? – zapytała, widząc mnie w drzwiach.

– Nie, po prostu chciałam cię odwiedzić – skłamałam. Usiadłyśmy przy stole, rozmawiałyśmy o pogodzie, sąsiadach, wszystkim, tylko nie o tym, co naprawdę mnie dręczyło. W końcu zebrałam się na odwagę.

– Mamo, czy wszystko u ciebie w porządku? – zapytałam cicho. – Chodzi mi o… no wiesz, o pieniądze. Czy nie potrzebujesz pomocy?

Mama spojrzała na mnie uważnie, przez chwilę milczała. – Marto, mówiłam ci już, że sobie radzę. Nie chcę być dla ciebie ciężarem.

– Ale ja chcę wiedzieć, czy naprawdę sobie radzisz – naciskałam. – W pracy koleżanki mówiły, że wspierają swoich rodziców. Może ja też powinnam…

Mama westchnęła i odwróciła wzrok. – Wiesz, jak bardzo nie lubię rozmawiać o pieniądzach. Zawsze starałam się być samodzielna. Twój ojciec też taki był. Ale… – zawahała się – ostatnio jest trochę trudniej. Ceny wszystkiego poszły w górę, a emerytura nie rośnie tak szybko. Czasem muszę wybierać: leki czy lepsze jedzenie. Ale nie chcę, żebyś się martwiła.

Poczułam, jak ściska mnie w gardle. Przez tyle lat żyłam w przekonaniu, że mama nie potrzebuje mojej pomocy. A ona po prostu nie chciała mnie martwić. – Mamo, przecież nie jesteś dla mnie ciężarem. Chcę ci pomóc. Możemy razem przejrzeć twoje wydatki, zobaczyć, jak mogę cię wesprzeć. Może znajdziemy jakieś rozwiązanie.

Mama uśmiechnęła się smutno. – Dziękuję, Marto. To dla mnie trudne, ale może masz rację. Może czasem warto poprosić o pomoc.

Przez kolejne tygodnie zaczęłyśmy razem planować budżet. Pomogłam mamie znaleźć tańszą aptekę, załatwić zniżki na komunikację miejską, a nawet złożyć wniosek o dodatek mieszkaniowy. Zaczęłam przelewać jej co miesiąc niewielką sumę, choć długo się przed tym wzbraniała. Najważniejsze było jednak to, że zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać – nie tylko o pieniądzach, ale o wszystkim, co nas trapiło.

Nie było łatwo. Czasem kłóciłyśmy się o drobiazgi, mama miała poczucie winy, że „zabieram jej niezależność”. Ja z kolei czułam się winna, że tak długo nie interesowałam się jej życiem. Ale z czasem nauczyłyśmy się rozmawiać szczerze, bez udawania, że wszystko jest w porządku.

Pewnego dnia, gdy siedziałyśmy razem na balkonie, mama powiedziała: – Wiesz, Marto, czasem myślę, że gdyby nie ta cała sytuacja z pieniędzmi, nigdy byśmy tak naprawdę nie zaczęły ze sobą rozmawiać. Może to wszystko miało jakiś sens?

Patrzyłam na nią i czułam wdzięczność, choć wciąż miałam w sobie żal do siebie samej. Dlaczego tak długo udawałam, że nie widzę problemu? Czy naprawdę tak trudno jest zapytać bliską osobę, czy nie potrzebuje pomocy?

Dziś wiem, że pieniądze to nie tylko liczby na koncie. To także temat, który może zbliżyć albo oddalić ludzi od siebie. Może czasem warto zaryzykować niewygodną rozmowę, żeby nie przegapić tego, co naprawdę ważne. Czy inni też mają takie doświadczenia? Czy rozmawiacie z rodzicami o ich problemach, czy raczej – jak ja kiedyś – udajecie, że wszystko jest w porządku?