Niebieska żyła – historia, która rozdarła moją rodzinę
Wszystko zaczęło się od krzyku. To był zwykły, szary wieczór na warszawskim Bródnie, ale w naszym mieszkaniu przy ul. Kondratowicza powietrze aż iskrzyło od napięcia. Stałam w kuchni z nożem w ręku, krojąc cebulę na bigos, kiedy usłyszałam trzask drzwi i głos mojej mamy:
– Znowu wróciłaś po północy, Karolina! Ile razy mam ci powtarzać?!
Karolina, moja młodsza siostra, rzuciła plecak na podłogę i spojrzała na mamę z pogardą. Miała wtedy siedemnaście lat i była wszystkim tym, czym ja nie byłam – odważna, zbuntowana, piękna. Ja – Marta – zawsze ta grzeczna, odpowiedzialna, z medalami za olimpiady i stypendium rektora.
– Przestań się mnie czepiać! – wrzasnęła Karolina. – To moje życie!
Ojciec siedział w salonie z pilotem w ręku, udając, że nie słyszy. Mama była bliska płaczu. Ja stałam jak słup soli, bo wiedziałam, że zaraz wybuchnie coś więcej niż zwykła awantura.
– Marta, powiedz coś! – mama zwróciła się do mnie, jakby szukała wsparcia.
– Może dajcie jej spokój? – wymamrotałam, choć wcale tak nie myślałam. Byłam zmęczona tymi wiecznymi kłótniami.
Karolina spojrzała na mnie z wdzięcznością. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za kilka godzin będę jej najbardziej nienawidzić.
Tamtej nocy nie mogłam spać. Słyszałam przez cienką ścianę, jak Karolina rozmawia przez telefon. Szeptała do kogoś: „Nie mogę już tu wytrzymać… Tak, kocham cię… Przyjadę jutro…”
Rano mama była blada jak ściana. Ojciec wyszedł do pracy bez słowa. Karolina zniknęła z domu przed śniadaniem. Wtedy mama zaczęła płakać.
– Marta… ja już nie mam siły… Ona mnie nienawidzi…
Przytuliłam ją niezgrabnie. Czułam się jak oszustka – przecież sama miałam jej dość.
Po południu zadzwonił domofon. To był listonosz z poleconym dla Karoliny. Mama otworzyła kopertę bez skrupułów. W środku był wynik testu ciążowego i kartka: „Nie martw się, poradzę sobie”.
Mama osunęła się na podłogę. Ja stałam nad nią z tym listem w ręku i czułam, jak świat mi się wali.
Wieczorem Karolina wróciła do domu. Mama rzuciła jej kopertę pod nogi.
– Chcesz mi coś powiedzieć?!
Karolina pobladła. Przez chwilę myślałam, że się rozpłacze, ale tylko wzruszyła ramionami.
– I co z tego? To moje dziecko!
Ojciec wszedł do kuchni i spojrzał na nas jak na obce osoby.
– Kto jest ojcem? – zapytał cicho.
Karolina milczała. Mama zaczęła krzyczeć, ja próbowałam ją uspokoić. W końcu Karolina wybiegła z domu trzaskając drzwiami.
Przez kolejne dni w domu panowała cisza. Mama chodziła jak cień, ojciec zamykał się w garażu, a ja próbowałam ogarnąć studia i dom jednocześnie. Nikt nie wiedział, gdzie jest Karolina.
Po tygodniu zadzwonił telefon. To była ona.
– Marta… pomóż mi…
Znalazłam ją w kawalerce na Pradze. Była wychudzona, zapuchnięta od płaczu.
– Nie mogę wrócić do domu – wyszeptała. – Mama mnie zabije…
Przytuliłam ją mocno.
– Nie zabije cię. Ale musisz z nią porozmawiać.
Karolina spojrzała na mnie błagalnie.
– Powiedz im… Powiedz im sama…
Wróciłam do domu i powiedziałam rodzicom prawdę. Ojciec usiadł ciężko na krześle i zakrył twarz dłońmi.
– To moja wina – powiedział cicho. – Nigdy nie miałem dla was czasu…
Mama płakała całą noc. Następnego dnia pojechaliśmy razem po Karolinę.
W drodze powrotnej panowała cisza. W domu mama zrobiła herbatę i postawiła przed Karoliną talerz zupy.
– Jesteś moją córką – powiedziała tylko. – Poradzimy sobie.
Myślałam, że teraz będzie już tylko lepiej. Ale wtedy zaczęły się plotki w rodzinie i sąsiedztwie. Ciotka Jadzia zadzwoniła do mamy:
– No pięknie wychowałaś córki! Jedna niby taka święta, a druga bachora narobiła!
Mama rzuciła telefonem o ścianę.
Ojciec przestał rozmawiać z sąsiadami. Ja zaczęłam unikać ludzi na klatce schodowej.
Karolina zamknęła się w sobie. Przestała wychodzić z domu. Ja musiałam chodzić po zakupy i odbierać jej recepty od lekarza.
Pewnego dnia wróciłam do domu wcześniej niż zwykle i usłyszałam rozmowę mamy z babcią przez telefon:
– Marta zawsze była silna… Ale Karolina? Ona sobie nie poradzi…
Poczułam ukłucie żalu. Dlaczego zawsze muszę być tą silną? Dlaczego nikt nie pyta mnie o zdanie?
Kiedy Karolina urodziła synka – Antosia – wszystko się zmieniło. Mama zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Ojciec zaczął znów żartować przy obiedzie.
Ale ja czułam się coraz bardziej niewidzialna.
Zaczęłam wracać późno do domu, tłumacząc się nauką na uczelni. Tak naprawdę siedziałam godzinami nad Wisłą i patrzyłam na przepływające barki.
Pewnego wieczoru zadzwonił do mnie Bartek – chłopak z roku.
– Marta, co się z tobą dzieje? Zawsze byłaś taka poukładana…
Rozpłakałam się w słuchawkę.
– Nikt mnie nie widzi… Nikt mnie nie słyszy…
Bartek przyjechał po mnie rowerem i zabrał na Pragę na zapiekanki. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam się lekka.
Wróciłam do domu po północy. Mama czekała w kuchni.
– Gdzie byłaś?
Spojrzałam jej prosto w oczy.
– Uczyłam się żyć dla siebie.
Mama przytuliła mnie mocno i po raz pierwszy od lat powiedziała:
– Przepraszam cię, Marto…
Dziś Antoś ma już dwa lata. Karolina wróciła do szkoły wieczorowej i pracuje w sklepie spożywczym na rogu. Ja kończę studia i planuję wyprowadzkę do Gdańska.
Czasem patrzę na naszą rodzinę i myślę: ile ran można wybaczyć najbliższym? Czy rodzina to zawsze wsparcie – czy czasem największy ciężar?