Nienawiść, która zrodziła się w domu – historia Magdy z Gdańska
Wszystko zaczęło się od krzyku. Pamiętam, jakby to było wczoraj – miałam wtedy siedem lat, siedziałam skulona pod stołem w kuchni, a nad moją głową rozgrywała się kolejna awantura. Ojciec wrócił z pracy wcześniej niż zwykle, matka nie zdążyła jeszcze posprzątać po obiedzie. „Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie zostawiała tego syfu?!” – wrzasnął, a talerz z resztkami ziemniaków roztrzaskał się o ścianę. Matka nie odpowiedziała. Zawsze milczała, zaciskała usta i patrzyła gdzieś w bok, jakby nie chciała widzieć tego, co się dzieje.
Mój brat, Tomek, był wtedy jeszcze mały, ale już wiedział, że lepiej nie płakać. Ja nauczyłam się tego później. W naszym domu płacz był oznaką słabości, a słabość była czymś, czego ojciec nienawidził najbardziej. „Nie rycz!” – powtarzał mi za każdym razem, gdy łzy same cisnęły mi się do oczu. „Chcesz być taka jak matka? Bezużyteczna?” – te słowa wbijały się we mnie jak szpilki.
Z czasem nauczyłam się chować emocje głęboko. W szkole byłam cicha, zamknięta w sobie. Nauczycielki mówiły do mamy: „Pani Magdo, Magda jest taka grzeczna, ale może powinna być bardziej otwarta?” Mama tylko kiwała głową i uśmiechała się smutno. Nigdy nie powiedziała nikomu prawdy o tym, co działo się w naszym mieszkaniu na Zaspie.
Najgorsze były święta. Wtedy ojciec pił więcej niż zwykle, a atmosfera gęstniała od niewypowiedzianych pretensji. Pamiętam Wigilię, kiedy miałam trzynaście lat. Tomek rozbił bombkę na choince. Ojciec zerwał się z krzesła i uderzył go otwartą dłonią w twarz. „Nieudacznik! Wszystko potrafisz zepsuć!” Matka próbowała go bronić, ale skończyło się na tym, że oboje zamknęli się w łazience i płakali cicho przez drzwi.
Z biegiem lat nienawiść zaczęła rosnąć we mnie jak trucizna. Nienawidziłam ojca za to, co robił nam wszystkim. Nienawidziłam matki za to, że była zbyt słaba, żeby nas obronić. Nienawidziłam siebie za to, że nie potrafiłam nic zmienić.
Kiedy miałam szesnaście lat, postanowiłam uciec z domu. Spakowałam plecak i wyszłam w środku nocy. Zatrzymałam się u koleżanki z klasy – Agaty. Jej mama przyjęła mnie bez pytań, dała mi herbatę i pozwoliła zostać na noc. Rano zadzwoniła do mojej matki. „Pani córka jest u mnie. Proszę przyjechać.” Matka przyszła po mnie sama – ojciec nawet nie zauważył mojej nieobecności.
W drodze powrotnej milczałyśmy długo. W końcu zapytałam: „Dlaczego nie odejdziesz od niego?” Spojrzała na mnie z takim bólem w oczach, że aż mnie ścisnęło w gardle.
– Boję się – wyszeptała. – Nie mam dokąd pójść. Nie mam pracy, nie mam pieniędzy…
– Ale przecież on nas niszczy! – wybuchłam.
– Wiem… Ale nie umiem inaczej żyć.
Wtedy zrozumiałam, że jestem sama ze swoją nienawiścią.
Po maturze dostałam się na psychologię na Uniwersytecie Gdańskim. To był mój sposób na ucieczkę – najpierw od ojca, potem od matki i brata. Przez pierwsze miesiące mieszkałam w akademiku i czułam się wolna jak nigdy wcześniej. Ale nienawiść nie znika tak łatwo. Zaczęłam mieć problemy ze snem, budziłam się zlana potem po koszmarach, w których ojciec krzyczał na mnie albo bił Tomka.
Poznałam wtedy Pawła – chłopaka z sąsiedniego pokoju. Był zupełnie inny niż wszyscy mężczyźni, których znałam: czuły, spokojny, potrafił słuchać. Zakochałam się w nim szybko i naiwnie uwierzyłam, że teraz wszystko będzie dobrze.
Ale przeszłość wracała przy każdej kłótni. Kiedy Paweł podnosił głos – nawet nie na mnie, tylko podczas rozmowy przez telefon – zamierałam ze strachu. Zdarzało mi się zamykać w łazience i płakać po cichu tak jak kiedyś matka.
– Magda, co się dzieje? – pytał Paweł z troską.
– Nic… Przepraszam…
Nie umiałam mu powiedzieć prawdy. Bałam się, że jeśli dowie się o mojej rodzinie, odejdzie.
W końcu jednak wszystko wyszło na jaw podczas jednej z naszych kłótni o drobiazg – chyba o to, że zapomniał kupić mleko do kawy.
– Ty zawsze musisz mieć rację! – krzyknął sfrustrowany.
Zamarłam. Poczułam znajome ukłucie paniki i zanim zdążyłam pomyśleć, wykrzyczałam:
– Nie krzycz na mnie! Nie jesteś moim ojcem!
Paweł spojrzał na mnie zszokowany.
– Magda… Ja cię kocham. Nigdy bym cię nie skrzywdził.
Wtedy pękłam i opowiedziałam mu wszystko: o dzieciństwie pełnym strachu, o matce-ofierze i bracie, który wyjechał do Anglii zaraz po osiemnastce i zerwał kontakt z rodziną.
Paweł objął mnie mocno i długo płakaliśmy razem.
Myślałam, że to koniec moich problemów – że wystarczy wylać z siebie całą truciznę i już będzie dobrze. Ale nienawiść do ojca była we mnie jak rana, która nigdy się nie goi.
Kiedy dowiedziałam się o jego chorobie – rak płuc w ostatnim stadium – poczułam… ulgę? Wstydzę się tego do dziś. Matka zadzwoniła do mnie zapłakana:
– Magda… Tata umiera…
Nie wiedziałam co powiedzieć.
– Musisz przyjechać…
Pojechałam do rodzinnego mieszkania pierwszy raz od lat. Ojciec leżał w łóżku jak cień człowieka, którego pamiętałam z dzieciństwa. Patrzył na mnie błagalnie.
– Magda… Przepraszam…
Nie odpowiedziałam nic. Stałam nad nim i czułam tylko pustkę.
Po jego śmierci matka próbowała odbudować ze mną relację. Ale ja byłam już kimś innym – kobietą po przejściach, która nauczyła się żyć bez rodziny.
Dziś mam trzydzieści dwa lata i własną córkę – Zosię. Każdego dnia walczę ze sobą, żeby nie powielać błędów moich rodziców. Kiedy Zosia płacze albo czegoś się boi, przytulam ją mocno i powtarzam: „Jestem przy tobie”.
Czasem jednak łapię się na tym, że wewnętrzny głos ojca wraca: „Nie bądź słaba!” Wtedy zamykam oczy i oddycham głęboko.
Czy można naprawdę wybaczyć komuś takiemu jak mój ojciec? Czy da się przerwać łańcuch nienawiści raz na zawsze? A może to walka na całe życie? Co wy myślicie?