Pomoc, która zamieniła się w koszmar: historia z sąsiedztwa

Drzwi do naszego mieszkania zatrzęsły się od mocnego pukania. Zanim zdążyłam wytrzeć ręce z piany po zmywaniu, usłyszałam podniesiony głos mojego męża: — Kto tam? — To z opieki społecznej! — odpowiedział ktoś zza drzwi. Zamarłam. Przez głowę przeleciały mi najgorsze scenariusze. Otworzyłam i zobaczyłam młodego mężczyznę z identyfikatorem. — Dzień dobry, pani Justyno. Dostaliśmy anonimowe zgłoszenie dotyczące zaniedbania dzieci w tym mieszkaniu. Muszę przeprowadzić kontrolę.

Zrobiło mi się słabo. Spojrzałam na męża, Pawła, który już zaciskał pięści ze złości. Nasze dzieci, Zosia i Michał, wybiegły z pokoju, patrząc na nas z przerażeniem. — Proszę wejść — powiedziałam cicho, choć czułam, jak serce wali mi jak młotem. Pracownik przeszedł przez mieszkanie, zaglądał do lodówki, do szafek, rozmawiał z dziećmi. Zosia zaczęła płakać, Michał tulił się do mnie. — Wszystko jest w porządku — powiedział po chwili urzędnik, notując coś w papierach. — Ale muszę to odnotować. Proszę podpisać protokół.

Gdy zamknęły się za nim drzwi, usiadłam na podłodze i rozpłakałam się jak dziecko. Paweł klął pod nosem: — Kto mógł zrobić coś takiego? Przecież wszyscy widzą, jak żyjemy! Dzieci zadbane, mieszkanie czyste, obiady gotowe… To jakiś absurd! — Może ktoś nas nie lubi? — szepnęła Zosia przez łzy. Michał patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. — Mamo, czy zabiorą nas?

Przytuliłam ich mocno. — Nikt was nie zabierze! Jesteśmy rodziną i nikt nas nie rozdzieli! Ale w środku czułam strach i bezsilność.

Przez kolejne dni nie mogłam spać. Każdy dźwięk na klatce schodowej sprawiał, że serce podchodziło mi do gardła. Paweł próbował mnie pocieszać: — Może to pomyłka? Może ktoś pomylił mieszkania? Ale ja wiedziałam, że to nie przypadek.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Nasza sąsiadka z parteru, pani Stefania, zachorowała. Miała 83 lata i od dawna była sama — jej syn wyjechał do Niemiec i kontaktował się rzadko, córka mieszkała w Gdańsku i nie odwiedzała jej od lat. Pani Stefania była dla mnie jak babcia: przynosiła mi ogórki z działki, opowiadała historie z wojny, czasem zostawała z dziećmi, gdy musiałam pilnie wyjść.

Kiedy zachorowała na zapalenie płuc, to ja biegałam po leki, gotowałam jej rosół i sprzątałam mieszkanie. Paweł naprawił jej cieknący kran i zawiózł do lekarza na kontrolę. Dzieci robiły dla niej laurki i czytały bajki. Wszyscy sąsiedzi widzieli, jak jej pomagamy.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie jej córka, pani Renata. — Słyszałam, że opiekuje się pani moją mamą? — zapytała chłodno. — Tak, staram się pomóc, bo pani Stefania jest bardzo samotna… — odpowiedziałam niepewnie. — Proszę się nie wtrącać w nieswoje sprawy! My wiemy najlepiej, co dla niej dobre! — rzuciła i rozłączyła się bez słowa podziękowania.

Od tamtej pory Renata zaczęła pojawiać się częściej w bloku. Przychodziła wieczorami do matki, czasem zostawała na noc. Ale nie rozmawiała z nami ani słowem — tylko patrzyła spode łba i trzaskała drzwiami.

Któregoś dnia wracałam ze sklepu i usłyszałam rozmowę Renaty z inną sąsiadką na klatce schodowej:
— Wiesz co ona robi? Wpycha się do mojej matki tylko po to, żeby potem coś ugrać! Pewnie liczy na spadek albo jakieś zapisy! Ja takich ludzi znam!
— Ale Justyna zawsze była pomocna… — próbowała bronić mnie pani Basia z trzeciego piętra.
— Pomocna? Naiwna raczej! Niech pilnuje własnych dzieci!

Zamarłam za rogiem i poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Przecież ja tylko chciałam pomóc…

Po tej rozmowie zaczęły się dziwne sytuacje: ktoś podrzucał śmieci pod nasze drzwi, dzieci znalazły pogryzioną kanapkę w skrzynce na listy, a raz ktoś zadzwonił do Pawła do pracy i anonimowo oskarżył go o kradzież narzędzi (co oczywiście okazało się bzdurą). Zaczęliśmy żyć w ciągłym napięciu.

Pani Stefania coraz bardziej podupadała na zdrowiu. Renata przychodziła coraz rzadziej, a kiedy już była — krzyczała na matkę za byle drobiazg: — Po co ci te obce dzieci? Po co wpuszczasz ich do domu? Oni cię tylko wykorzystują!

Pewnego dnia usłyszałam przez ścianę płacz pani Stefanii. Poszłam do niej z miską zupy.
— Justynko… ja już nie mam siły… Renata mówi, że chce mnie oddać do domu opieki… Ale ja nie chcę tam umierać sama…
Przytuliłam ją mocno.
— Nie pozwolimy na to! Zawsze może pani na nas liczyć!

Niestety kilka dni później pani Stefania trafiła do szpitala po upadku w łazience. Renata zabrała jej rzeczy i już więcej nie wróciła do bloku.

Po tej kontroli z opieki społecznej wszystko stało się jasne. To Renata musiała napisać donos. Chciała nas ukarać za to, że byliśmy blisko jej matki i pokazaliśmy jej własne zaniedbania.

Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak na bombie zegarowej. Dzieci bały się wychodzić same na podwórko. Paweł chodził rozdrażniony i coraz częściej mówił: — Po co nam to było? Trzeba było nie wychylać się!

Ale ja nie potrafiłam przejść obojętnie obok ludzkiego cierpienia.

Któregoś wieczoru zadzwonił domofon.
— Justyna? Tu pani Basia z trzeciego piętra. Mogę wejść?
Wpuściłam ją do środka.
— Słuchaj… Chciałam ci powiedzieć, że wszyscy wiedzą, jaka jesteś dobra. Nie przejmuj się tą całą Renatą! Ona zawsze była zawistna… Ale my cię wspieramy!
Popłakałam się ze wzruszenia.

Mimo tego wsparcia coś we mnie pękło. Przestałam ufać ludziom tak jak kiedyś. Przestałam zaglądać do sąsiadów „na wszelki wypadek”. Dzieciom tłumaczyłam: — Pomagać trzeba… ale czasem ludzie odpłacają niewdzięcznością.

Minęły miesiące. Pani Stefania zmarła w szpitalu bez pożegnania z nami. Renata sprzedała mieszkanie matki i wyprowadziła się bez słowa.

Czasem patrzę przez okno na puste okno po sąsiadce i pytam siebie: Czy naprawdę warto być dobrym człowiekiem w świecie pełnym podejrzeń? Czy dobro wraca… czy tylko zostawia blizny?

A wy? Co byście zrobili na moim miejscu?