Przyszłam do syna, a on nawet nie otworzył mi drzwi – historia matki, która czeka na wdzięczność

Stałam pod drzwiami mieszkania mojego syna, trzymając w rękach dwie ciężkie siatki. W jednej rosół, jeszcze ciepły, pachnący domem, w drugiej świeżo upieczony chleb i sernik, który zawsze tak chwalił. Była niedziela, ósma rano, ulica jeszcze pusta, tylko gdzieś w oddali szczekał pies. Zadzwoniłam dzwonkiem, raz, drugi, trzeci. Cisza. Przez chwilę miałam nadzieję, że może śpi, może nie słyszy. Wyjęłam telefon, zadzwoniłam. Słyszałam, jak po drugiej stronie ściany rozbrzmiewa jego dzwonek. Odebrał po kilku sygnałach.

– Cześć, mamo. – Jego głos był zmęczony, jakby dopiero się obudził.

– Synku, jestem pod drzwiami. Przyniosłam ci rosół i sernik, tak jak lubisz. Otworzysz?

Zapadła cisza. Słyszałam, jak oddycha, jakby się wahał.

– Mamo, mogłaś zadzwonić wcześniej. Mam gości. Nie bardzo mogę teraz otworzyć.

Zamurowało mnie. Gości? Przecież zawsze mówił, że niedziela to nasz dzień. Że lubi, jak przychodzę, jak gotuję. Stałam tam, z siatkami, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Próbowałam się uśmiechnąć, żeby nie usłyszał w moim głosie rozczarowania.

– Rozumiem, synku. Może zostawię ci to pod drzwiami?

– Nie trzeba, mamo. Naprawdę, nie mam gdzie tego wstawić. Zadzwonię później, dobrze?

Rozłączył się. Stałam jeszcze chwilę, patrząc na drzwi, za którymi dorastał, za którymi kiedyś biegał w piżamie, prosząc o dokładkę rosołu. Teraz nie miał dla mnie czasu. Zeszłam po schodach, powoli, z każdą chwilą czując, jak ciężar siatek staje się nie do zniesienia. Wyszłam na ulicę, usiadłam na ławce pod blokiem. Obok przechodziła sąsiadka, pani Zofia.

– Pani Haniu, co pani taka smutna? – zapytała, zerkając na moje siatki.

– Syn nie miał czasu. – Odpowiedziałam cicho, czując, jak głos mi drży.

Pani Zofia pokiwała głową ze zrozumieniem. – Dzieci teraz takie są. Wszystko mają, a matki nie doceniają. Ja też ostatnio do córki pojechałam, to nawet herbaty nie zaproponowała.

Siedziałyśmy chwilę w milczeniu. W końcu podniosłam się, wróciłam do domu. W kuchni postawiłam rosół na stole, chleb przykryłam ściereczką, sernik schowałam do lodówki. Przez okno patrzyłam na plac zabaw, na którym kiedyś bawił się mój syn, śmiejąc się do mnie, machając z huśtawki. Pamiętam, jak obiecywałam sobie, że nigdy nie pozwolę mu poczuć się samotnym, że zawsze będę przy nim, cokolwiek się stanie.

Wieczorem zadzwonił telefon. To była moja siostra, Basia.

– Hania, co u ciebie? – zapytała, jak zawsze pogodnie.

– Byłam dziś u Pawła. Nie otworzył mi drzwi. Powiedział, że ma gości.

Basia westchnęła. – Może naprawdę miał gości? Może nie chciał cię martwić?

– Ale ja chciałam tylko zobaczyć, czy wszystko u niego w porządku. Przecież to nie tak dużo.

– Wiem, Haniu. Ale dzieci muszą mieć swoje życie. Może za bardzo go przytłaczasz?

Przytłaczam? Czy naprawdę tak to wygląda? Przecież tylko chciałam, żeby czuł się kochany. Żeby wiedział, że zawsze może na mnie liczyć. Przypomniałam sobie, jak Paweł miał pięć lat i zachorował na anginę. Siedziałam przy nim całą noc, podając mu herbatę z miodem, przykrywając kocem. Wtedy mówił, że jestem najlepszą mamą na świecie. Co się zmieniło?

Następnego dnia zadzwoniłam do niego. Odebrał po kilku sygnałach.

– Cześć, mamo.

– Cześć, synku. Chciałam tylko zapytać, czy wszystko u ciebie dobrze.

– Tak, mamo, wszystko w porządku. Przepraszam za wczoraj, naprawdę miałem gości. Może spotkamy się w przyszłym tygodniu?

– Oczywiście, synku. – Odpowiedziałam, choć w środku czułam pustkę. – Tylko pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.

– Wiem, mamo. Dziękuję.

Rozłączył się szybko, jakby się spieszył. Zostałam sama, w pustym mieszkaniu, z rosołem, który już wystygł, z chlebem, który powoli tracił świeżość, z sernikiem, którego nikt nie chciał jeść. Przez kolejne dni próbowałam zająć się czymś innym – poszłam na spacer, odwiedziłam sąsiadkę, przeczytałam książkę. Ale wciąż wracałam myślami do tamtej niedzieli, do tych zamkniętych drzwi.

W piątek zadzwoniła do mnie córka sąsiadki, Ania. – Pani Haniu, może przyjdzie pani do nas na kawę? Mama upiekła szarlotkę.

Poszłam. Siedziałyśmy przy stole, rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Ania opowiadała o swojej pracy, o problemach z szefem, o tym, jak trudno jej pogodzić wszystko na raz. W pewnym momencie spojrzała na mnie i powiedziała:

– Wie pani, czasem mam wrażenie, że moja mama za bardzo się o mnie martwi. Chciałabym, żeby trochę odpuściła, żebym mogła sama popełniać błędy.

Zastanowiłam się. Może rzeczywiście za bardzo chcę być potrzebna? Może nie potrafię pogodzić się z tym, że moje dziecko dorosło, że ma swoje życie, swoje sprawy, o których nie muszę wiedzieć? Ale jak przestać być matką, kiedy całe życie się nią było?

Wieczorem usiadłam przy stole, spojrzałam na zdjęcie Pawła z dzieciństwa. Uśmiechał się do mnie, trzymając w rękach kawałek sernika. Wtedy byłam dla niego całym światem. Teraz jestem tylko kimś, kto przynosi rosół i czeka pod drzwiami.

Czy naprawdę można być za bardzo matką? Czy miłość do dziecka może być zbyt wielka? A może to ja powinnam nauczyć się żyć dla siebie, a nie tylko dla niego? Co wy o tym myślicie? Czy też czujecie, że czasem wasza miłość nie jest już nikomu potrzebna?