Resztki, które uratowały moją rodzinę: Prawda, której nikt nie chciał zobaczyć
Zimny, listopadowy wieczór. Palce miałam tak zgrabiałe, że ledwo mogłam utrzymać ścierkę. Zegar w kuchni restauracji „Pod Zegarem” wybił 22:30. Ostatni goście wyszli godzinę temu, a ja – jak co noc – czekałam, aż wszyscy znikną. Wtedy zaczynałam swój rytuał: zbieranie resztek jedzenia ze stołów. Nie dla siebie. Dla moich dzieci. Każdy kawałek schabowego, każda niedojedzona bułka, nawet zimne frytki – wszystko lądowało w reklamówce schowanej pod płaszczem. Wstyd palił mnie do żywego. Ale głód moich dzieci był silniejszy niż wstyd.
Nazywam się Renata Bąk. Mam 38 lat i trójkę dzieci: Olę, Kacpra i najmłodszą Zosię. Mój mąż, Andrzej, zginął dwa lata temu w wypadku na budowie. Od tego czasu życie stało się walką o przetrwanie. Pracowałam na dwa etaty – rano sprzątałam klatki schodowe, wieczorami byłam sprzątaczką w tej restauracji. Ale nawet wtedy nie starczało na wszystko. Czynsz, leki dla Zosi (ma astmę), zeszyty do szkoły… Często musiałam wybierać: rachunek za prąd czy chleb?
Tamtej nocy wszystko się zmieniło.
Wychodziłam już tylnym wyjściem, kiedy usłyszałam kroki. Zamarłam. W drzwiach stał właściciel restauracji – pan Mirosław Gajda. Zawsze wydawał mi się surowy, nawet groźny. Teraz patrzył na mnie z czymś dziwnym w oczach.
– Pani Renata… – powiedział cicho. – Co pani tam niesie?
Serce waliło mi jak oszalałe. Zrobiło mi się ciemno przed oczami.
– To… to tylko śmieci – wyszeptałam.
Podszedł bliżej i bez słowa wyjął mi reklamówkę z rąk. Otworzył ją i zobaczył zawartość: kawałki mięsa, ziemniaki, sałatka, nawet kilka ciastek.
– To nie są śmieci – powiedział twardo. – Proszę mówić prawdę.
Zacisnęłam powieki. W głowie miałam tylko jedno: zaraz mnie wyrzuci, a dzieci zostaną bez niczego.
– Przepraszam… Ja… Ja muszę… Moje dzieci… – głos mi się załamał.
Nagle poczułam na ramieniu jego dłoń.
– Proszę się ubrać i poczekać na mnie przy wejściu – powiedział spokojnie.
Czekałam jak skazaniec. W myślach już widziałam siebie na bruku. Po kilku minutach pan Mirosław wrócił z płaszczem i kluczami.
– Pokaże mi pani swój dom – rzucił krótko.
Nie miałam wyboru. Szliśmy przez pół miasta w milczeniu. W końcu weszliśmy do naszej kamienicy na Pradze. Mieszkanie było zimne, bo odcięli nam ogrzewanie za zaległości. Dzieci spały razem pod jednym kocem. Pan Mirosław stał przez chwilę w progu, patrząc na ten obrazek.
– Ile pani zarabia? – zapytał nagle.
– Dwa tysiące miesięcznie… czasem mniej, jak nie ma zmian…
– A zasiłek?
– Siedemset złotych rodzinnego…
Westchnął ciężko.
– Dlaczego pani nie poprosiła o pomoc?
Zacisnęłam pięści.
– Bo wszyscy mają swoje problemy! Bo już raz prosiłam teściową i usłyszałam, że „każdy sobie rzepkę skrobie”. Bo w OPS-ie powiedzieli mi, że mam za dużo metrów na osobę i nie dostanę dodatku mieszkaniowego! Bo nie chcę być żebraczką!
Wtedy usłyszałam cichy płacz Zosi. Pan Mirosław podszedł do niej i przykrył ją lepiej kocem.
– Jutro przyjdzie tu ktoś z mojej fundacji – powiedział cicho. – Pomogą pani z rachunkami i ogrzewaniem. A pani od jutra pracuje u mnie jako pomoc kuchenna na pełen etat. Będzie pani miała normalną pensję i obiady dla dzieci.
Patrzyłam na niego jak na wariata.
– Dlaczego pan to robi? Przecież mogę być złodziejką!
Uśmiechnął się smutno.
– Bo moja matka też kiedyś zbierała resztki po sąsiadach, żeby mnie wykarmić. I ktoś jej wtedy pomógł.
Nie spałam tej nocy prawie wcale. Rano przyszła do nas młoda kobieta z fundacji pana Mirosława. Załatwiła odroczenie płatności czynszu, przywiozła opał i paczkę żywnościową. Dzieci pierwszy raz od miesięcy jadły śniadanie do syta.
Ale to był dopiero początek kłopotów.
Wieść o tym, że „Bąkowa dostała robotę po znajomości”, rozeszła się po okolicy błyskawicznie. Sąsiadka z naprzeciwka zaczęła mnie unikać, a jej córka przestała bawić się z Olą. W sklepie ekspedientka patrzyła na mnie z pogardą.
Najgorsze przyszło od rodziny Andrzeja. Teściowa przyszła do nas pewnego dnia i zaczęła krzyczeć:
– Ty się nie wstydzisz? Całe miasto gada! Żeś się podlizała bogaczowi! Że dzieciom dajesz resztki z restauracji!
Nie wytrzymałam:
– A gdzie pani była przez ostatnie dwa lata? Kiedy Zosia miała atak astmy i nie miałam na inhalator? Kiedy Ola płakała z głodu?
Teściowa trzasnęła drzwiami i już więcej się nie pojawiła.
Dzieci powoli odzyskiwały radość życia. Ola zaczęła lepiej się uczyć, Kacper zapisał się do drużyny piłkarskiej (pan Mirosław opłacił składkę). Zosia przestała chorować tak często – miała leki i ciepło w domu.
Ale ja długo nie mogłam pozbyć się poczucia winy i wstydu. Nawet kiedy awansowałam na kucharkę i zaczęłam zarabiać tyle, że wystarczało na wszystko, bałam się spojrzeć ludziom w oczy.
Pewnego dnia pan Mirosław zaprosił mnie do swojego gabinetu.
– Pani Renato – zaczął poważnie – czy wie pani, ilu ludzi codziennie wyrzuca jedzenie do śmieci? Ilu ludzi w tym mieście głoduje?
Pokręciłam głową.
– Chcę założyć program „Ciepły talerz” dla samotnych matek i dzieciaków z Pragi. Potrzebuję kogoś, kto wie, jak to jest być po tej drugiej stronie stołu. Kogoś takiego jak pani.
Zgodziłam się bez wahania.
Dziś minęły trzy lata od tamtej nocy. Program działa w czterech dzielnicach Warszawy. Pomogliśmy setkom rodzin takich jak moja. Moje dzieci są zdrowe i szczęśliwe – Ola chce zostać lekarką, Kacper marzy o karierze piłkarza, Zosia śpiewa w szkolnym chórze.
Czasem wracam myślami do tamtej zimnej nocy i pytam siebie: co by było, gdyby pan Mirosław nie zatrzymał mnie wtedy przy drzwiach? Ile matek codziennie musi wybierać między głodem a godnością? Czy naprawdę tak trudno jest poprosić o pomoc – albo ją dać?
A wy? Czy umielibyście spojrzeć komuś w oczy i wyciągnąć rękę wtedy, gdy najbardziej tego potrzebuje?