Rewolucja przy stole: Jak jeden dzień wywrócił nasze życie do góry nogami
Już od rana czułam, że coś wisi w powietrzu. Wstałam przed szóstą, bo mały Wojtek znowu miał koszmary i przyszedł do naszego łóżka. Ledwo otworzyłam oczy, usłyszałam trzask drzwi od łazienki i głośne westchnięcie mojego męża, Artura.
– Znowu nie ma czystych ręczników! – krzyknął przez pół mieszkania. – Ile razy mam ci mówić, żebyś pilnowała prania?
Zacisnęłam zęby. To nie był pierwszy raz, kiedy obwiniał mnie o wszystko, co nie działało w domu. Przez chwilę miałam ochotę rzucić mu w twarz, że to nie ja zostawiam brudne skarpetki pod łóżkiem i nie ja rozlewam kawę na kuchennym blacie. Ale powstrzymałam się – dzieci już się budziły, a ja nie chciałam zaczynać dnia od awantury.
– Zosia, wstawaj, kochanie – szepnęłam do córki, która spała jeszcze zwinięta w kłębek. – Musimy się spieszyć, bo dziś masz sprawdzian z matematyki.
– Nie chcę iść do szkoły! – jęknęła Zosia i zakryła głowę poduszką.
Wojtek zaczął płakać, bo chciał mleko. Artur wszedł do kuchni i spojrzał na mnie z wyrzutem.
– Kiedy będzie śniadanie? Spieszę się do pracy!
– Za pięć minut – odpowiedziałam cicho, choć w środku już się gotowałam.
Wiedziałam, że dziś przyjeżdża teściowa. Zawsze miała pretensje: że dzieci są źle ubrane, że w lodówce za mało jedzenia, że Artur wygląda na zmęczonego. Odkąd pamiętam, próbowała udowodnić mi, że nie nadaję się na żonę jej syna. A ja… ja po prostu byłam zmęczona. Pracowałam zdalnie jako księgowa, ogarniałam dom, dzieci i jeszcze starałam się być miła dla wszystkich wokół.
Gdy Artur wyszedł trzaskając drzwiami, usiadłam przy stole i poczułam łzy napływające do oczu. Wojtek ciągnął mnie za rękaw:
– Mamusiu, a czemu tata jest taki zły?
Nie umiałam odpowiedzieć. Może dlatego, że sam był wiecznie zestresowany? Może dlatego, że jego matka nigdy nie pozwoliła mu dorosnąć?
O dziesiątej zadzwoniła teściowa.
– Będę za godzinę – oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Mam nadzieję, że dom jest posprzątany.
Wzięłam się za sprzątanie jak w amoku. Wojtek rozlał sok na podłogę, Zosia pokłóciła się z bratem o tablet. W końcu usiadłam na chwilę na kanapie i zamknęłam oczy. Wtedy zadzwonił telefon.
– Cześć, Magda! – usłyszałam głos mojej siostry, Iwony. – Słuchaj, mama jest w szpitalu. Upadła na schodach.
Serce mi stanęło. Mama mieszkała sama na drugim końcu miasta. Ostatnio coraz częściej narzekała na zdrowie.
– Jadę do niej! – powiedziałam bez namysłu.
Zadzwoniłam do Artura:
– Muszę jechać do mamy do szpitala. Możesz wrócić wcześniej i zająć się dziećmi?
– Nie mogę! Mam ważne spotkanie! – warknął. – Poproś swoją siostrę albo matkę!
– Moja siostra jest z mamą! – krzyknęłam przez łzy.
W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Teściowa weszła bez pukania, jak zawsze.
– Co tu za bałagan? – zaczęła od progu. – I dlaczego dzieci są takie rozkrzyczane?
– Mama jest w szpitalu – powiedziałam drżącym głosem. – Muszę tam jechać.
– A kto tu zostanie? Ja mam swoje sprawy!
Poczułam się jak w potrzasku. Dzieci patrzyły na mnie szeroko otwartymi oczami.
– Babciu, a pomożesz nam zrobić obiad? – zapytała Zosia cicho.
Teściowa przewróciła oczami:
– Ja mam dziś wizytę u fryzjera! Nie mogę tu siedzieć cały dzień!
Wtedy coś we mnie pękło.
– To może wszyscy sobie pójdźcie! – wybuchłam. – Może wtedy zobaczycie, ile robię każdego dnia!
Zapanowała cisza. Teściowa patrzyła na mnie jak na wariatkę. Dzieci zaczęły płakać.
Wybiegłam z mieszkania trzaskając drzwiami i pojechałam do szpitala. W autobusie płakałam jak dziecko. Czułam się samotna jak nigdy dotąd.
Mama leżała na oddziale ortopedycznym ze złamaną nogą. Była blada i zmęczona.
– Magda… wszystko w porządku? – zapytała cicho.
Nie wytrzymałam i opowiedziałam jej wszystko: o Arturze, o teściowej, o tym jak bardzo czuję się niewidzialna we własnym domu.
Mama pogłaskała mnie po głowie:
– Dziecko… jeśli ty siebie nie postawisz na pierwszym miejscu, nikt tego za ciebie nie zrobi.
Te słowa dźwięczały mi w głowie przez całą drogę powrotną.
W domu panował chaos: dzieci płakały, teściowa krzyczała przez telefon do Artura, a on sam wrócił wcześniej i siedział naburmuszony przy stole.
– Gdzie byłaś?!
– U mamy w szpitalu! – odpowiedziałam stanowczo. – I wiesz co? Od dziś koniec z tym wszystkim! Jeśli nie potraficie docenić tego, co robię dla was każdego dnia, to radźcie sobie sami!
Artur spojrzał na mnie zdziwiony:
– Co ty wygadujesz?
– To co słyszysz! Od jutra wracam do pracy na pełen etat. Dzieci zapisuję do świetlicy. A ty… możesz sam gotować sobie obiad!
Teściowa wybiegła z mieszkania obrażona. Dzieci patrzyły na mnie z przerażeniem i podziwem jednocześnie.
Wieczorem Artur próbował ze mną rozmawiać:
– Magda… może przesadziłem…
Spojrzałam mu prosto w oczy:
– Przesadziłeś już dawno temu. Ale jeśli chcesz ratować tę rodzinę, musisz zacząć mnie szanować.
Następnego dnia rzeczywiście nic nie zrobiłam: nie ugotowałam obiadu, nie posprzątałam kuchni, nie wyprasowałam koszul Artura. Po południu wróciłam z pracy i zobaczyłam go stojącego bezradnie przy kuchence.
– Jak zrobić ten makaron? – zapytał cicho.
Uśmiechnęłam się smutno:
– Widzisz? To nie jest takie proste…
Od tego dnia zaczęliśmy dzielić obowiązki po równo. Dzieci pomagały przy sprzątaniu, Artur nauczył się gotować najprostsze rzeczy. Teściowa przestała wpadać bez zapowiedzi.
Ale ja już nigdy nie byłam tą samą Magdą co wcześniej. Zrozumiałam jedno: jeśli sama siebie nie postawię na pierwszym miejscu, nikt tego za mnie nie zrobi.
Czasem patrzę na moją rodzinę i zastanawiam się: czy naprawdę musiałam doprowadzić do takiego chaosu, żeby ktoś mnie zauważył? Czy wy też mieliście kiedyś taki dzień rewolucji w swoim domu?