Zakochałam się w wieku 60 lat. Historia z targu, która zmieniła moje życie

— Poproszę dwie marchewki i pietruszkę, ale taką pachnącą, jak z ogrodu — powiedziałam, zerkając na mężczyznę za straganem. Miał siwe włosy, ciepłe oczy i dłonie, które zdradzały lata pracy w ziemi. Uśmiechnął się do mnie, a ja poczułam, jakby ktoś zapalił światło w moim sercu. — Dla pani zawsze znajdę coś wyjątkowego — odpowiedział, podając mi warzywa. Jego głos był spokojny, a spojrzenie pełne czułości, której nie czułam od śmierci mojego męża, Zbyszka, siedem lat temu.

Targ był moją rutyną. Każda sobota wyglądała podobnie: szybkie zakupy, krótkie rozmowy z sąsiadkami, powrót do pustego mieszkania. Dzieci dorosły, wyprowadziły się, mają swoje życie. Ja zostałam sama z ciszą, która czasem aż bolała. Ale tego dnia, kiedy Jan — bo tak miał na imię sprzedawca — uśmiechnął się do mnie, coś się zmieniło. Przez resztę dnia nie mogłam przestać o nim myśleć. Czułam się jak nastolatka, która pierwszy raz się zakochała.

Następnej soboty przyszłam na targ wcześniej niż zwykle. Jan już rozkładał warzywa. — Dzień dobry, pani Heleno — przywitał mnie, jakby czekał tylko na mnie. — Dzień dobry, panie Janie. Dziś poproszę coś na rosół, ale niech pan sam wybierze — odpowiedziałam, próbując ukryć rumieniec. Rozmawialiśmy dłużej niż zwykle. Opowiedział mi o swoim ogrodzie, o tym, jak po śmierci żony został sam i jak warzywa stały się jego pasją i ucieczką od samotności. Słuchałam go z zapartym tchem, czując, że rozumiem go lepiej niż kogokolwiek od lat.

Z tygodnia na tydzień nasze rozmowy stawały się coraz dłuższe. Zaczęliśmy spotykać się poza targiem — na spacerach, w kawiarni, czasem u niego w ogrodzie. Jan pokazał mi, jak sadzi marchewki, jak pielęgnuje pomidory. Śmialiśmy się, wspominaliśmy młodość, dzieliliśmy się smutkami. Czułam, że żyję. Ale im bardziej się zbliżaliśmy, tym większy miałam mętlik w głowie.

Moje dzieci, Marta i Tomek, nie były zachwycone. — Mamo, przecież ty już nie jesteś młoda, po co ci to? — zapytała Marta, kiedy powiedziałam jej o Janie. — Tata nie żyje nawet dziesięć lat, a ty już… — urwała, patrząc na mnie z wyrzutem. — Marto, ja nie przestałam kochać waszego ojca. Ale nie chcę być sama do końca życia — odpowiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Tomek był bardziej powściągliwy, ale widziałam, że też nie rozumie mojej potrzeby bliskości.

Zaczęły się rodzinne spięcia. Dzieci unikały rozmów o Janie, a ja czułam się rozdarta. Z jednej strony miałam prawo do szczęścia, z drugiej — nie chciałam ranić swoich najbliższych. Jan widział, że coś jest nie tak. — Heleno, jeśli to dla ciebie za trudne, zrozumiem. Nie chcę być powodem twojego smutku — powiedział pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy razem na ławce w jego ogrodzie. — Janku, ja… ja nie wiem, co robić. Kocham cię, ale boję się, że stracę dzieci — wyszeptałam. Przytulił mnie mocno, a ja poczułam, że nie chcę już więcej wybierać między miłością a rodziną.

Pewnego dnia Marta przyszła do mnie bez zapowiedzi. — Mamo, przepraszam. Byłam niesprawiedliwa. Po prostu boję się, że ktoś cię zrani. Ale widzę, że jesteś szczęśliwa. Chcę, żebyś była szczęśliwa — powiedziała, obejmując mnie. Płakałyśmy razem, a ja poczułam, jak wielki ciężar spada mi z serca. Tomek też w końcu zaakceptował Jana, choć do dziś jest trochę powściągliwy.

Z Janem spędzam coraz więcej czasu. Czasem myślę, że życie zaczyna się po sześćdziesiątce. Odkryłam w sobie radość, której nie znałam od lat. Czasem boję się, że to wszystko zniknie, że los znowu mi coś odbierze. Ale potem patrzę na Jana, na jego ciepłe oczy i wiem, że warto było zaryzykować.

Czy naprawdę mamy prawo do szczęścia w każdym wieku? Czy miłość po sześćdziesiątce jest mniej ważna niż ta młodzieńcza? Może to właśnie teraz, kiedy już tyle przeszliśmy, potrafimy kochać najmocniej? Co wy o tym myślicie?