Została tylko jedna – historia o tym, jak rodzina potrafi zniszczyć i ocalić życie
Już od rana czułam, że coś wisi w powietrzu. Siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na moją córkę, Maję, jak z trudem przesuwa się na swoim wózku po naszym małym mieszkaniu na warszawskim Bródnie. Był listopad, a światło wpadające przez okno miało kolor starej gazety. Maja miała wtedy dziewięć lat i była całym moim światem. Jej ojciec, Artur, zostawił nas dwa lata temu dla młodszej kobiety – mojej kuzynki. Od tamtej pory nie miałam nikogo poza Mają.
Tego dnia wszystko się zaczęło od telefonu. Zadzwoniła moja matka, Barbara. – Renata, przyjedź dziś do nas na obiad. Chcę porozmawiać o czymś ważnym – powiedziała chłodno. Czułam w jej głosie napięcie, którego nie słyszałam od lat. – Mamo, nie mogę zostawić Mai samej… – zaczęłam tłumaczyć, ale przerwała mi ostro: – Przyjedź z nią. To dotyczy was obu.
Wiedziałam, że nie mam wyboru. Spakowałam Maję do starego fiata i pojechałyśmy na Mokotów. W salonie czekała już cała rodzina: matka, ojciec, brat Paweł z żoną i… Artur z moją kuzynką, Sylwią. Zrobiło mi się słabo.
– Co tu się dzieje? – zapytałam, ściskając dłoń Mai.
Matka spojrzała na mnie z lodowatym spokojem. – Renata, musimy podjąć decyzję. Ojciec zachorował, nie stać nas na opiekę nad nim i jednocześnie na pomoc tobie i Mai. Sylwia jest w ciąży, Artur wraca do rodziny. Ty musisz sobie radzić sama.
Zamarłam. – Chcecie mnie wyrzucić? – wyszeptałam.
Paweł unikał mojego wzroku. – To nie tak… Po prostu nie możemy już ci pomagać finansowo. Musisz znaleźć pracę albo oddać Maję do ośrodka.
Maja zaczęła płakać. – Mamo, nie chcę tam jechać! – krzyczała przez łzy.
Poczułam się jak zwierzę zapędzone w kąt. Wyszłam bez słowa, ciągnąc Maję za sobą. W samochodzie płakałyśmy obie. Przez kolejne dni nie odbierałam telefonów od rodziny. W pracy w szkole podstawowej dostałam wypowiedzenie – likwidacja etatu. Zostałyśmy bez środków do życia.
Zaczęły się najgorsze tygodnie mojego życia. Sprzedawałam biżuterię po babci na OLX-ie, żeby kupić leki dla Mai i zapłacić za prąd. Sąsiedzi patrzyli na mnie z litością albo udawali, że mnie nie widzą. Pewnego dnia przyszła do mnie Sylwia z Arturem.
– Renata, musisz oddać Maję do domu dziecka. Nie dasz sobie rady – powiedziała Sylwia bez cienia współczucia.
– Nigdy jej nie oddam! – wrzasnęłam i zatrzasnęłam im drzwi przed nosem.
Wtedy zaczęły się plotki w bloku: że jestem wyrodną matką, że Maja jest ciężarem dla wszystkich… Nawet pani Zofia z trzeciego piętra przestała mówić mi „dzień dobry”.
Któregoś wieczoru usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam przed sobą starszego mężczyznę z sąsiedztwa – pana Henryka.
– Pani Renato… Przepraszam, że się wtrącam, ale słyszałem, co się dzieje. Moja żona była kiedyś nauczycielką specjalną… Może moglibyśmy pomóc? – zaproponował nieśmiało.
Nie miałam już siły być dumna. Przyjęłam ich pomoc: Henryk codziennie przynosił nam obiady, a jego żona Teresa pomagała Mai w nauce i rehabilitacji. Dzięki nim zaczęłam szukać pracy jako korepetytorka online.
Ale los nie przestawał mnie doświadczać. Pewnej nocy Maja dostała wysokiej gorączki i zaczęła majaczyć. Pogotowie zabrało ją do szpitala na Banacha. Spędziłam tam trzy noce na krześle pod jej łóżkiem, modląc się o cud.
Wtedy zadzwoniła matka:
– Renata… Tata umarł dziś rano…
Nie poczułam nic poza pustką. Po pogrzebie nikt nie zaprosił mnie do rodzinnego domu. Stałam z Mają pod cmentarzem jak obce.
Po powrocie do szpitala usiadłam przy łóżku córki i zaczęłam płakać bezgłośnie. Wtedy podeszła do mnie młoda lekarka.
– Pani Renata? Jest pani bardzo dzielna… Ale sama pani nie da rady. Proszę przyjąć pomoc psychologa i pracownika socjalnego.
Nie chciałam litości, ale zgodziłam się dla Mai.
Po wyjściu ze szpitala dostałyśmy miejsce w programie asystenta rodziny i wsparcie finansowe z OPS-u. Zaczęłyśmy powoli wychodzić na prostą.
Któregoś dnia zadzwonił Paweł:
– Renata… Przepraszam za wszystko. Mama jest sama i chora, Sylwia wyjechała z Arturem do Niemiec… Może przyjdziesz?
Nie odpowiedziałam od razu. Zbyt wiele razy zawiodłam się na rodzinie.
Dziś mija pięć lat od tamtych wydarzeń. Maja chodzi już do liceum integracyjnego i marzy o studiach psychologicznych. Ja pracuję jako nauczycielka wspomagająca dzieci z niepełnosprawnościami.
Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: czy można wybaczyć rodzinie wszystko? Czy lepiej być ostatnią wierną sobie osobą niż jedną z wielu w tłumie tych, którzy zdradzili?
A wy? Co byście zrobili na moim miejscu?