Cios po 47 latach: Historia Marii i nagłego końca małżeństwa

Drzwi do kuchni zatrzasnęły się z hukiem, a ja aż podskoczyłam, trzymając w rękach kubek z herbatą. Stanisław stał w progu, blady, zaciśnięte usta, wzrok wbity gdzieś w podłogę. „Musimy porozmawiać” – powiedział cicho, ale stanowczo. W tej chwili poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przez 47 lat byliśmy razem. Przysięgaliśmy sobie w kościele w małej parafii pod Krakowem, że będziemy razem na dobre i na złe. Przeszliśmy przez śmierć mojej mamy, przez chorobę syna, przez bezsenne noce, kiedy nie wiedzieliśmy, czy starczy nam do pierwszego. A teraz, kiedy dzieci już dawno wyfrunęły z domu, kiedy myślałam, że wreszcie możemy odpocząć, on mówi: „Chcę rozwodu”.

Zamarłam. „Co ty mówisz, Staszek? Przecież… przecież wszystko jest dobrze. Przecież mamy siebie, wnuki, ogród, nasze życie…” – głos mi się załamał. On tylko spuścił głowę. „Nie mogę już tak dalej. Potrzebuję zmiany. Zasługuję na coś więcej”. Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek, co kiedykolwiek usłyszałam. Przez chwilę miałam ochotę rzucić w niego tym kubkiem, ale tylko zacisnęłam palce na uszku i poczułam, jak herbata rozlewa się na moją dłoń. „Co to znaczy? Masz kogoś?” – zapytałam, choć bałam się odpowiedzi. „Nie, nie mam nikogo. Po prostu… czuję się pusty. Zmęczony. Chcę jeszcze czegoś od życia, zanim będzie za późno”.

Przez następne dni chodziłam jak cień. Dzwoniłam do córki, Agaty, ale nie potrafiłam wydusić z siebie słowa. W końcu przyjechała sama, widząc, że coś jest nie tak. „Mamo, co się dzieje?” – zapytała, patrząc mi prosto w oczy. Rozpłakałam się jak dziecko. „Tata chce odejść. Po tylu latach…”. Agata przytuliła mnie mocno, ale widziałam w jej oczach złość. „Jak on może ci to zrobić? Przecież zawsze byliście razem!”. Syn, Michał, zadzwonił tego samego wieczoru. „Mamo, nie przejmuj się. Może mu przejdzie. Może to kryzys wieku starczego” – próbował żartować, ale w jego głosie czułam niepokój.

Stanisław przez kolejne tygodnie spał w pokoju gościnnym. Unikaliśmy się, jakbyśmy byli obcymi ludźmi. Wspólne śniadania zamieniły się w milczenie. Ogród, który zawsze pielęgnowaliśmy razem, zarósł chwastami. Nawet nasz pies, Borys, patrzył na nas zdezorientowany. Pewnego dnia usłyszałam, jak Staszek rozmawia przez telefon. „Nie wiem, czy dobrze robię, ale nie mogę już dłużej udawać” – mówił do kogoś. Kiedy zapytałam, z kim rozmawiał, tylko wzruszył ramionami. „Z Jankiem. On też się rozwiódł. Mówi, że to była najlepsza decyzja w jego życiu”.

Zaczęłam analizować każdy dzień naszego życia. Czy coś przeoczyłam? Czy byłam zbyt wymagająca? Może za bardzo skupiałam się na dzieciach, a za mało na nim? Przypomniałam sobie, jak kilka lat temu Staszek chciał pojechać na Mazury, a ja wolałam zostać w domu, bo miałam dużo pracy w ogrodzie. Może wtedy poczuł się odrzucony? Może to wszystko moja wina?

Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam sama w salonie, przyszedł do mnie. Usiadł naprzeciwko i długo milczał. „Maria, nie chcę cię ranić. Ale nie potrafię już być szczęśliwy. Próbowałem, naprawdę. Ale czuję, że się duszę. Chcę jeszcze coś przeżyć, zanim umrę”. Spojrzałam na niego przez łzy. „A ja? Ja już nie mam na co czekać? Ja nie chcę zaczynać od nowa. Nie umiem być sama”. On tylko spuścił głowę. „Przepraszam”.

Wkrótce cała rodzina wiedziała. Siostra Staszka, Helena, zadzwoniła do mnie z pretensjami. „Co ty mu zrobiłaś, że chce odejść? Przecież zawsze byłaś dobrą żoną!”. Teściowa, która ma już ponad dziewięćdziesiąt lat, płakała przez telefon. „Stasiu, nie rób tego, nie zostawiaj Marii. Przecież ona cię kocha”. Ale on był nieugięty. Zaczął szukać mieszkania. Przychodziły listy z sądu. Czułam się, jakby ktoś wymazywał moje życie kawałek po kawałku.

Najgorsze były wieczory. Siedziałam sama w naszym dużym domu, słuchałam tykania zegara i myślałam o tym, jak to wszystko się skończyło. Przypominałam sobie nasze pierwsze randki, ślub, narodziny dzieci, wspólne wakacje nad Bałtykiem. Czy to wszystko naprawdę się wydarzyło? Czy to była tylko iluzja? Zaczęłam chodzić do psychologa, bo nie radziłam sobie z samotnością. „To nie twoja wina, Mario. Ludzie się zmieniają. Czasem nawet po tylu latach” – mówiła pani psycholog. Ale ja nie potrafiłam w to uwierzyć.

Pewnego dnia spotkałam sąsiadkę, panią Zofię. „Słyszałam, że Staszek się wyprowadza. Trzymaj się, kochana. Mój mąż też odszedł po czterdziestu latach. Myślałam, że umrę z rozpaczy, ale jakoś się pozbierałam. Może i ty dasz radę?”. Uśmiechnęła się smutno. Poczułam, że nie jestem sama, ale to nie dawało mi ulgi.

W końcu nadszedł dzień, kiedy Staszek zabrał swoje rzeczy. Stałam w oknie i patrzyłam, jak wynosi walizki do samochodu. Chciałam wybiec za nim, zatrzymać go, błagać, żeby został. Ale nie zrobiłam tego. Po prostu stałam i płakałam. Kiedy odjechał, w domu zapanowała cisza, jakiej nigdy wcześniej nie znałam. Nawet Borys leżał pod drzwiami i wył.

Minęły miesiące. Dzieci odwiedzały mnie częściej, ale widziałam, że są zmęczone całą sytuacją. Michał próbował rozmawiać z ojcem, ale Staszek był nieugięty. Agata zabrała mnie na weekend do Zakopanego, żebym choć na chwilę zapomniała o wszystkim. Ale nawet tam, patrząc na góry, czułam pustkę. „Mamo, musisz zacząć żyć dla siebie” – mówiła Agata. „Tata podjął decyzję, ale ty możesz jeszcze być szczęśliwa”. Nie wierzyłam w to. Jak można być szczęśliwym po takim ciosie?

Któregoś dnia zadzwonił Staszek. „Maria, chciałem tylko powiedzieć, że nie żałuję decyzji. Ale dziękuję ci za te wszystkie lata. Byłaś dobrą żoną”. Rozłączyłam się bez słowa. Co miałam mu powiedzieć? Że zniszczył moje życie? Że już nigdy nie będę taka sama?

Dziś, kiedy patrzę na swoje odbicie w lustrze, widzę kobietę, która przeżyła więcej, niż kiedykolwiek sądziła, że zdoła znieść. Czasem myślę, że może to wszystko miało jakiś sens. Może jeszcze odnajdę spokój. Ale czy można nauczyć się żyć na nowo po tylu latach? Czy można jeszcze zaufać, pokochać, uwierzyć w siebie?

Czy ktoś z was przeżył coś podobnego? Jak poradziliście sobie z samotnością i żalem? Czy naprawdę można zacząć od nowa, kiedy całe życie było się z kimś splecionym jak korzenie starego drzewa?