List przed przyjazdem – cena spokoju
— Agnieszka, nie rób scen. Ja tylko przyjeżdżam na chwilę — głos Marka w słuchawce brzmiał tak, jakby mówił o wizycie u dentysty, a nie o powrocie do domu po ośmiu miesiącach.
Stałam w kuchni, oparta o blat, z mokrymi rękami, bo przed chwilą myłam kubki po kakao dzieci. Na stole leżał list. Prawdziwy, papierowy, z niemieckim znaczkiem i moim imieniem napisanym obcą, kanciastą ręką. Nie od Marka. Od kogoś, kto wiedział o mnie za dużo.
— Marek… — zaczęłam, ale głos mi się załamał. — Ty wiesz, co ja dostałam?
— Nie wiem, o co ci chodzi. — westchnął. — Znowu coś sobie wkręcasz.
Wtedy Justyna weszła do kuchni w skarpetkach, ciągnąc za sobą koc. Miała rozczochrane włosy i oczy jeszcze ciężkie od snu.
— Mamo, kto dzwoni? — zapytała.
Zasłoniłam słuchawkę dłonią.
— Tata — szepnęłam.
Jej twarz rozjaśniła się na sekundę, a potem jakby przypomniała sobie, że tata jest gdzieś daleko, w miejscu, którego nie potrafiła sobie wyobrazić.
— Powiedz mu, że… że ja już nie chcę, żeby przyjeżdżał tylko na chwilę — powiedziała cicho i wyszła.
Wróciłam do rozmowy.
— Marek, ja nie robię scen. Ja próbuję oddychać. A ten list… — spojrzałam na kopertę, jakby mogła mnie ugryźć. — Ktoś mi napisał, że ty tam nie jesteś sam.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Taka, w której słychać własne serce i lodówkę, która nagle zaczyna brzęczeć głośniej.
— Agnieszka, przestań. — powiedział w końcu. — To jakieś głupoty.
— To nie są głupoty, Marek. Tam jest imię. Tam jest adres. Tam jest… — przełknęłam ślinę. — Tam jest napisane, że mam się przygotować na twoją decyzję.
— Przyjadę i pogadamy. — uciął.
Rozłączył się.
List leżał przede mną jak wyrok. Otworzyłam go jeszcze raz, choć znałam każde zdanie na pamięć.
„Agnieszko, nie znamy się, ale ja znam ciebie. Marek mówi o tobie często. Mówi, że jesteś dobra, że trzymasz dom, że jesteś dzielna. Ale mówi też, że jest zmęczony. Że w Polsce było tylko liczenie, oszczędzanie, wieczne ‘nie stać nas’. Ja nie chcę cię ranić, ale nie chcę też żyć w kłamstwie. Marek powiedział, że przyjedzie i wszystko ci powie. Proszę, nie rób mu piekła. On zasługuje na spokój. Każdy zasługuje.”
Podpis: „Ewa”.
Ewa. Polskie imię, a jednak obce w moim domu. Najgorsze było to, że list nie był wulgarny, nie był agresywny. Był… uprzejmy. Jakby ktoś przepraszał, że zabiera ci krzesło spod tyłka.
Do trzydziestu pięciu lat uważałam się za naprawdę szczęśliwą kobietę. Nie miałam willi, nie miałam wakacji w Egipcie, nie miałam paznokci robionych co trzy tygodnie. Miałam Marka, który kiedyś potrafił mnie rozśmieszyć jednym spojrzeniem. Miałam Kacpra, który w wieku ośmiu lat znał wszystkie marki traktorów, bo dziadek wciągnął go w swoje opowieści. Miałam Justynę, która rysowała serca na paragonach i wkładała mi je do kieszeni kurtki „żeby mama miała szczęście”. Miałam skromną, ale mocną rodzinę.
A potem Marka zwolniono z fabryki.
Pamiętam ten dzień. Wracał wcześniej niż zwykle, z twarzą szarą jak popiół. Wszedł do mieszkania, nie zdjął nawet butów.
— Koniec. — powiedział.
— Co koniec? — zapytałam, choć już wiedziałam.
— Zwalniają. Mnie też. — usiadł na krześle i wbił wzrok w podłogę. — Mówią, że restrukturyzacja. Że rynek. Że… — machnął ręką. — Że mam sobie radzić.
Wtedy jeszcze wierzyłam, że „sobie radzić” to coś, co robimy razem. Że to znaczy: zacisnąć zęby, poszukać czegoś, może ja wezmę więcej godzin w sklepie, może on pójdzie na budowę, może jakoś.
Przez pierwsze tygodnie Marek chodził po mieście z teczką, jakby to była tarcza. Wracał z kolejnymi odmowami. W urzędzie pracy pani w okienku mówiła mu „proszę czekać”, a on wracał i mówił „nie ma nic”. Zaczęły się drobne kłótnie o rachunki, o to, że Kacper potrzebuje butów na WF, o to, że Justyna chce iść na wycieczkę szkolną.
— Agnieszka, chłopaki mi mówią, że tam dobrze płacą — oznajmił pewnego dnia, kiedy siedzieliśmy wieczorem przy stole, a dzieci już spały.
— Gdzie „tam”? — zapytałam, choć serce mi przyspieszyło.
— Do Niemiec. Na budowę. Albo do magazynu. Cokolwiek. — mówił szybko, jakby bał się, że jeśli zwolni, to ja zdążę go zatrzymać. — Na trzy miesiące. Może pół roku. Odłożymy, spłacimy zaległości, kupimy dzieciom co trzeba.
— A ja? — zapytałam.
— Ty dasz radę. — powiedział i uśmiechnął się krzywo. — Zawsze dajesz.
To „zawsze dajesz” było jak komplement i jak wyrok jednocześnie.
Wyjechał w listopadzie. Na dworcu było zimno, a ja udawałam, że to tylko zwykły wyjazd. Kacper trzymał go za rękę i pytał, czy w Niemczech są takie same sklepy z zabawkami. Justyna płakała cicho, wciągając nosem, żeby nikt nie widział.
— Będę dzwonił codziennie. — obiecał Marek.
Dzwonił przez pierwszy tydzień. Potem co drugi dzień. Potem raz na tydzień. Zawsze zmęczony, zawsze „nie mogę gadać, bo chłopaki”, zawsze „jutro”.
A ja w tym czasie robiłam wszystko, żeby dom się nie rozsypał.
Rano budziłam dzieci, robiłam kanapki, odprowadzałam Justynę do szkoły, Kacpra do świetlicy. Potem biegłam do sklepu, gdzie pracowałam na kasie. Słuchałam klientów, którzy narzekali na ceny masła i na rząd, i na to, że „kiedyś to było”. Wracałam, gotowałam, pomagałam w lekcjach, prałam, sprzątałam. Wieczorem siadałam na łóżku i patrzyłam w telefon, jakby mógł mi oddać męża.
Najgorsze były niedziele. W niedzielę w Polsce wszystko jest bardziej samotne. Sąsiedzi idą do kościoła parami, rodziny spacerują, a ja stałam z dziećmi w ławce i czułam, jak ludzie patrzą. Nie złośliwie. Raczej z tym współczuciem, które boli bardziej niż plotka.
— Marek to dobry chłop, wróci. — mówiła mi Halina z klatki, kiedy spotykałyśmy się przy skrzynkach.
— Wróci. — odpowiadałam, bo co miałam powiedzieć?
W styczniu Marek przysłał więcej pieniędzy. W lutym jeszcze więcej. W marcu kupiłam Kacprowi nowe buty, Justynie kurtkę. Dzieci cieszyły się, a ja czułam, że te pieniądze są jak plaster na ranę, która ropieje pod spodem.
W kwietniu zaczęły się dziwne rzeczy.
Marek dzwonił rzadziej, ale kiedy już dzwonił, był… jakby lżejszy. Śmiał się. Mówił, że „tam jest inaczej”, że „ludzie się uśmiechają”, że „nie ma tego wiecznego kombinowania”.
— A ty się uśmiechasz? — zapytałam raz.
— No… czasem. — odpowiedział i szybko zmienił temat.
W maju Justyna znalazła w mojej szufladzie kartkę, którą Marek zostawił przed wyjazdem. Było na niej napisane: „Kocham was. Wracam.”
— Mamo, a czemu tata nie wraca? — zapytała.
Nie umiałam jej odpowiedzieć. Bo jak wytłumaczyć dziecku, że dorosły człowiek może się zgubić, nawet jeśli zna drogę do domu?
List przyszedł w czerwcu, w upalny dzień, kiedy asfalt na parkingu miękł pod stopami. Listonosz podał mi kopertę i powiedział:
— Z zagranicy. Pewnie od męża.
Uśmiechnęłam się automatycznie.
— Tak, pewnie od męża.
A potem zobaczyłam, że to nie jego pismo.
Czytałam ten list w kółko, jakby powtarzanie mogło zmienić sens. „Nie rób mu piekła. On zasługuje na spokój.” Jakby mój ból był piekłem, a jego spokój nagrodą.
Wieczorem poszłam do mamy. Mieszkała dwa przystanki dalej, w bloku z wielkiej płyty, gdzie klatka pachniała kapustą i płynem do podłóg.
— Mamo, ja nie wiem, co robić. — powiedziałam, kiedy tylko otworzyła drzwi.
Usiadłyśmy w jej kuchni. Mama nalała mi herbaty w szklankę z koszyczkiem, jak zawsze, jakby rytuał mógł utrzymać świat w ryzach.
— Pokaż. — powiedziała.
Czytała list długo, marszcząc brwi.
— Ewa… — mruknęła. — I jeszcze ci pisze, żebyś mu spokoju nie zabierała. Bez wstydu.
— Może to nieprawda? — zapytałam, choć sama nie wierzyłam w to pytanie.
Mama spojrzała na mnie ostro.
— Agnieszka, prawda jest taka, że on tam żyje. A ty tu tylko trzymasz front. — westchnęła. — Tylko pamiętaj: ty też zasługujesz na spokój.
Wróciłam do domu i patrzyłam na dzieci śpiące w swoich łóżkach. Kacper miał rozrzucone ręce, jakby obejmował powietrze. Justyna spała z pluszowym królikiem, którego Marek wygrał jej kiedyś na festynie.
Wtedy poczułam coś, czego się po sobie nie spodziewałam: nie tylko ból, ale i wściekłość. Taką czystą, gorącą.
Bo ja nie byłam tylko „dzielna”. Ja byłam człowiekiem.
Kiedy Marek zadzwonił następnego dnia, nie płakałam.
— Przyjedziesz i pogadamy? — zapytał, jakby to była formalność.
— Tak. — odpowiedziałam. — Ale ja też ci coś powiem.
— Co? — w jego głosie pojawiła się czujność.
— Że ja nie będę już udawać, że wszystko jest w porządku. — powiedziałam spokojnie. — I że jeśli masz jakąś decyzję, to niech ona będzie twoja, a nie tej Ewy.
Zamilkł.
— Skąd ty… — zaczął.
— Z listu. — przerwałam. — Ona mi napisała. Żebym ci nie robiła piekła.
— Agnieszka, ja… — usłyszałam, jak oddycha ciężko. — To nie tak.
— To jak? — zapytałam.
— Ja się pogubiłem. — powiedział cicho. — Tam jest łatwiej. Tam nikt mnie nie zna jako „tego, co go zwolnili”. Tam jestem po prostu Marek. Rozumiesz?
— A tu jesteś kim? — zapytałam. — Ojcem? Mężem? Czy tylko przelewem na konto?
Nie odpowiedział.
W dniu jego przyjazdu posprzątałam mieszkanie tak, jakby miała przyjść komisja. Dzieci były podekscytowane i przestraszone jednocześnie. Kacper co chwilę wyglądał przez okno.
— Mamo, a jak tata przyjedzie, to już zostanie? — pytał.
— Zobaczymy. — odpowiadałam.
Kiedy Marek wszedł do mieszkania, pachniał obcym proszkiem do prania i papierosami. Miał nową kurtkę, lepszą niż ta, którą zostawił. Uśmiechnął się do dzieci, przytulił je, dał im czekolady.
A potem spojrzał na mnie.
— Cześć. — powiedział.
— Cześć. — odpowiedziałam.
W jego oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej nie widziałam: strach. Nie o mnie. O siebie.
Usiedliśmy w kuchni, kiedy dzieci poszły do pokoju oglądać bajkę.
— No… — zaczął Marek, bawiąc się łyżeczką. — Agnieszka, ja nie chciałem, żebyś się dowiedziała w taki sposób.
— W jaki sposób miałam się dowiedzieć? — zapytałam. — Przez twoje milczenie?
— To nie jest tak, że ja cię nie kocham. — powiedział szybko. — Ja… ja po prostu…
— Po prostu co? — nachyliłam się. — Po prostu znalazłeś sobie spokój?
Zacisnął usta.
— Ewa jest… dobra dla mnie. — powiedział w końcu, jakby to było usprawiedliwienie.
Poczułam, jak coś we mnie pęka, ale nie w sposób, który mnie niszczy. Raczej w sposób, który robi miejsce na prawdę.
— A ja? — zapytałam. — Ja byłam dobra dla ciebie przez tyle lat. Kiedy miałeś gorsze dni, kiedy nie miałeś pieniędzy, kiedy cię zwolnili. Ja byłam. A teraz ktoś mi pisze, żebym ci nie robiła piekła.
Marek spuścił głowę.
— Ja nie chcę wojny. — powiedział.
— Ja też nie. — odpowiedziałam. — Ja chcę uczciwości.
Wtedy usłyszeliśmy, jak Justyna podchodzi do drzwi kuchni. Stała tam, choć myślałam, że ogląda bajkę.
— Tata… — powiedziała cicho. — Ty zostaniesz?
Marek podniósł wzrok. W jego oczach pojawiły się łzy.
— Nie wiem, córeczko. — wyszeptał.
To „nie wiem” było najokrutniejsze.
W tamtej chwili zrozumiałam, że centralny problem nie jest tylko w tym, że Marek być może ma inną kobietę. Problem był w tym, że on uciekł od odpowiedzialności, a ja przez miesiące płaciłam za jego ucieczkę własnym spokojem, zdrowiem, snem, poczuciem wartości. Że w Polsce tak łatwo mówi się kobietom: „dasz radę”, a tak rzadko pyta: „a czy ty w ogóle masz siłę?”
Nie krzyczałam. Nie rzucałam talerzami. Powiedziałam tylko:
— Marek, jeśli chcesz odejść, odejdź jak człowiek. Ale nie zostawiaj mnie z dziećmi i z twoim „nie wiem”. Bo ja też mogę przestać wiedzieć, jak to wszystko dźwigać.
Siedzieliśmy w ciszy, a z pokoju dzieci dobiegał dźwięk bajki, wesoły i niepasujący do niczego.
Tamtej nocy Marek spał na kanapie. Ja leżałam w sypialni i patrzyłam w sufit. Myślałam o tym, ile razy w życiu człowiek wybiera spokój kosztem kogoś innego. I ile razy nazywa to „szansą na lepsze życie”.
Rano zrobiłam dzieciom śniadanie, jak zawsze. Świat nie zatrzymał się tylko dlatego, że moje małżeństwo pękło.
Tylko ja już nie byłam tą samą Agnieszką, która wierzyła, że miłość wystarczy, jeśli się ją mocno trzyma.
Czy spokój Marka jest wart mojego bólu i łez moich dzieci?
A wy — gdybyście dostali taki list jak ja — walczylibyście o rodzinę do końca, czy wybralibyście wreszcie siebie?