Na schodach: Ucieczka z ciemności i poszukiwanie nadziei

— Mamo, zimno mi — szepnęła Zosia, wtulając się mocniej w mój płaszcz. Siedzieliśmy na klatce schodowej, na czwartym piętrze starej kamienicy na Pradze. Była trzecia nad ranem. Kacper spał na moich kolanach, jego drobna dłoń kurczowo ściskała moją bluzkę. W powietrzu unosił się zapach wilgoci i starego tynku, a echo moich własnych kroków sprzed godziny wciąż dźwięczało mi w uszach.

Jeszcze kilka godzin temu byłam pewna, że nie mam wyjścia. Marek wrócił do domu późno, pijany jak zwykle. Tym razem nie wystarczyło mu krzyczenie. Złapał mnie za włosy, szarpnął tak mocno, że upadłam na podłogę. Dzieci płakały, a ja… ja czułam tylko strach. Strach, który paraliżował mnie od miesięcy, ale tej nocy coś we mnie pękło. Wstałam, chwyciłam Zosię i Kacpra za ręce i wybiegliśmy z mieszkania, zostawiając za sobą wszystko — nawet buty dzieci zostały pod łóżkiem.

Wiedziałam, że nie mogę wrócić. Marek nie raz groził, że jeśli spróbuję odejść, znajdzie mnie wszędzie. Ale tej nocy nie myślałam o konsekwencjach. Myślałam tylko o tym, żeby dzieci były bezpieczne. Biegliśmy przez puste ulice Warszawy, aż dotarliśmy pod drzwi mojej najlepszej przyjaciółki, Magdy.

— Magda, błagam cię… — szeptałam przez domofon, drżąc z zimna i strachu.

— Anka, nie mogę… Mój mąż… On nie chce mieć problemów… — usłyszałam jej głos, cichy i pełen wstydu.

— Proszę cię… — łzy spływały mi po policzkach.

— Przepraszam… — i rozłączyła się.

To był moment, w którym poczułam się naprawdę sama. Nawet Magda, moja powierniczka od liceum, odwróciła się ode mnie w najgorszej chwili mojego życia. Zeszłam z dziećmi na schody i usiadłam na zimnych kafelkach. Zosia zaczęła płakać cicho, a ja przytuliłam ją do siebie.

Próbowałam zadzwonić do mamy, ale nie odebrała. Od lat powtarzała mi: „Sama wybrałaś sobie życie z Markiem”. Ojciec nie żył od dawna. Brat mieszkał w Gdańsku i ledwo wiązał koniec z końcem. Nie miałam dokąd pójść.

Wpatrywałam się w ciemność za oknem i myślałam o tym, jak bardzo zawiodłam swoje dzieci. Przecież obiecałam sobie kiedyś, że będą miały lepsze życie niż ja. Że nigdy nie pozwolę, by ktoś je skrzywdził. A jednak przez lata pozwalałam Markowi ranić nas wszystkich — słowem, krzykiem, czasem pięścią.

— Mamo, czy wrócimy do domu? — zapytała Zosia przez łzy.

— Nie kochanie. Już nigdy tam nie wrócimy — odpowiedziałam cicho, choć sama nie wierzyłam w swoje słowa.

Czas płynął powoli. Próbowałam wymyślić plan: może pójdziemy do noclegowni? Ale bałam się tam iść z dziećmi. Może zadzwonić na policję? Ale co im powiem? Że jestem kolejną kobietą uciekającą przed mężem? Czy ktoś nam uwierzy?

Nagle usłyszałam kroki na schodach. Serce podskoczyło mi do gardła. Może Marek nas znalazł? Przytuliłam dzieci mocniej.

— Przepraszam… — usłyszałam cichy głos starszej sąsiadki z drugiego piętra, pani Haliny. — Słyszałam płacz… Wszystko w porządku?

Nie wiedziałam, co powiedzieć. W końcu wyszeptałam:

— Uciekliśmy… Mąż… On nas bije…

Pani Halina spojrzała na mnie długo, a potem skinęła głową.

— Chodźcie do mnie na chwilę. Dzieciom trzeba dać coś ciepłego do picia.

Nie miałam siły protestować. Weszliśmy do jej mieszkania pachnącego herbatą i starymi książkami. Dzieci dostały kakao i koc. Pani Halina usiadła naprzeciwko mnie i patrzyła uważnie.

— Musisz zadzwonić na niebieską linię — powiedziała stanowczo. — Pomogą ci znaleźć schronienie dla kobiet z dziećmi.

Bałam się zadzwonić. Bałam się wszystkiego: sądu, policji, tego co będzie dalej. Ale patrząc na śpiące dzieci wiedziałam, że nie mam wyboru.

Pani Halina została ze mną przez całą rozmowę telefoniczną. Gdy odkładałam słuchawkę, ręce mi drżały.

— Przyjadą po was rano — powiedziałam cicho do siebie i dzieci.

Zosia spała już spokojnie na kanapie pani Haliny. Kacper oddychał równo obok niej. Ja siedziałam w fotelu i patrzyłam w okno na budzące się powoli miasto.

Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy poradzę sobie sama z dwójką dzieci w obcym miejscu. Nie wiem nawet, czy kiedykolwiek jeszcze komuś zaufam po tym wszystkim.

Ale wiem jedno: tej nocy zrobiłam pierwszy krok ku wolności. I choć boję się przyszłości bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, to wiem też, że już nigdy nie pozwolę nikomu skrzywdzić moich dzieci.

Czasem zastanawiam się: ile kobiet siedzi teraz na takich schodach jak ja wtedy? Ile z nich boi się poprosić o pomoc? Czy naprawdę jesteśmy tak sami w tym wielkim mieście? A może wystarczy jeden gest — jak kubek herbaty od pani Haliny — by uwierzyć jeszcze raz w ludzi?