„Nie, Walenty! Nie i koniec!” — dzień, w którym przestałam być „tą od wszystkiego”

— Nie, Walenty! Nie i koniec! — uderzyłam pięścią w stół, aż filiżanki zadzwoniły. — Mamy dość! Nie wytrzymam dłużej!

Walenty podniósł brwi, zsunął okulary na koniec nosa i odłożył gazetę, jakby właśnie usłyszał, że spalił się dom.

— Kinga, o co chodzi? Co się stało?

— A to, że nie jestem waszą służącą! — podniosłam się tak gwałtownie, że krzesło skrzypnęło. — Od rana latam. Zakupy, obiad, pranie, twoje leki, twoja koszula, twoje „Kinga, podaj”, „Kinga, przynieś”… A jak siadam na pięć minut, to słyszę, że jestem leniwa.

Z kuchni wyszła Danuta, w fartuchu, z mokrymi rękami. Spojrzała na mnie tym swoim spojrzeniem, które zawsze mówiło: „Wiesz, jak tu jest. Nie rób wstydu”.

— Oj, Kinga… — przeciągnęła. — Przesadzasz. U nas kobieta zawsze ogarnia. Tak było u mojej matki i u mojej teściowej.

— A ja nie jestem „u was”. Ja jestem człowiekiem. — głos mi zadrżał, ale nie cofnęłam się ani o krok. — I mam pracę. I mam swoje życie.

W drzwiach stanął Paweł. Mój mąż. W ręku trzymał torbę z piekarni, jakby wrócił do domu w środku normalnego dnia. Zobaczył mnie stojącą nad stołem i od razu wiedział.

— Co ty robisz? — syknął cicho. — Nie teraz.

— Właśnie teraz. — odwróciłam się do niego. — Bo za chwilę znowu będzie „Kinga, zrób”, „Kinga, zostań”, „Kinga, nie wymyślaj”.

Walenty chrząknął.

— My cię tu przyjęliśmy jak swoją. Pomagamy wam. Mieszkacie u nas, oszczędzacie. To chyba naturalne, że…

— Naturalne? — przerwałam mu. — Naturalne jest to, że w tym domu nikt nie pyta, czy ja mam siłę. Nikt nie pyta, czy ja chcę. Jest tylko lista zadań i oczekiwań.

Danuta oparła dłonie o blat.

— To jak ty sobie wyobrażasz małżeństwo? Że będziesz chodzić na paznokcie, a my będziemy robić wszystko? — podniosła głos. — Ludzie patrzą, Kinga. Sąsiedzi widzą. Rodzina widzi.

— Właśnie. „Ludzie”. — powiedziałam krócej, ostrzej. — A ja? Kto patrzy na mnie?

Paweł podszedł bliżej, próbował mówić spokojnie, jak zawsze, kiedy chciał, żebym zniknęła w sobie.

— Kinga, uspokój się. Przecież mama…

— Nie mów „przecież”. — weszłam mu w słowo. — Przez to „przecież” ja tu gniję. Przez to „przecież” nie pojechałam na szkolenie w Warszawie, bo „kto zostanie z ojcem”. Przez to „przecież” odwołałam wyjazd na weekend, bo „mama ma gości”.

Danuta prychnęła.

— Warszawa… Szkolenie… A w domu co? Samo się zrobi?

— W domu jesteśmy wszyscy. — odpowiedziałam. — Tylko że robię to ja.

Zapadła cisza. Taka ciężka, że słyszałam tykanie zegara i własny oddech. Walenty spojrzał na Pawła, jakby to on miał mnie „naprawić”. Danuta zacisnęła usta. A Paweł… stał między nami jak dziecko, które boi się wybrać stronę.

— To czego chcesz? — spytał w końcu.

— Chcę ustalić zasady. — powiedziałam prosto. — Albo dzielimy obowiązki i szanujemy moje „nie”, albo się wyprowadzamy. Nawet do kawalerki. Nawet jutro.

Danuta uniosła ręce.

— Wyprowadzacie się? I co ludzie powiedzą? Że matkę zostawiłeś? Że ojca? — spojrzała na Pawła z wyrzutem, jakby już go skazała. — Że synowa rozbiła dom?

— Nie rozbiłam domu. — odparłam. — Ja przestałam się rozpadać.

Walenty wbił wzrok w stół.

— Ja już stary jestem. — mruknął. — Kto mi pomoże?

Zrobiło mi się miękko w środku. Na sekundę. Bo to był ten haczyk. To zawsze był haczyk.

— Pomogę. — powiedziałam, zanim ktoś zdążył triumfować. — Ale na moich warunkach. Dwie godziny dziennie. Konkretnie. I koniec z rozkazami. Koniec z tekstami, że „kobieta ma”. I koniec z wchodzeniem do naszego pokoju bez pukania.

Danuta zrobiła krok do przodu.

— Ty mi będziesz mówić, jak mam w swoim domu żyć?

— Tak. — odpowiedziałam i sama się zdziwiłam, jak spokojnie to brzmiało. — Bo ja też tu żyję. I już nie będę płacić za spokój własnym kręgosłupem i godnością.

Paweł przełknął ślinę.

— Mamo… — zaczął.

— Nie „mamo”. — ucięłam. — Paweł, teraz ty. Albo jesteś ze mną, albo jesteś z ich strachem przed gadaniem.

Patrzył na mnie długo. Danuta już miała na języku kolejne zdanie, ale Walenty podniósł dłoń.

— Danuta, przestań. — powiedział cicho, pierwszy raz, odkąd go znałam. — Dziewczyna ma rację.

Danuta zamarła.

— Walenty…

— Ma rację. — powtórzył. — Za dużo na nią zwaliliśmy.

Paweł wypuścił powietrze, jakby dopiero teraz mógł oddychać.

— Kinga… — podszedł i dotknął mojej ręki. — Spróbujmy. Dzielimy wszystko. I… poszukamy czegoś swojego.

Danuta odwróciła się do zlewu. Słyszałam, jak stuka talerzami. To był jej sposób na płacz, na złość, na przegraną.

A ja stałam przy stole i czułam, że drżą mi kolana. Nie z triumfu. Z ulgi. Z tego, że powiedziałam na głos to, co w Polsce tak często się połyka: że rodzina to nie wyrok, a „pomoc” nie może być łańcuchem.

Wieczorem, gdy zamykałam drzwi naszego pokoju, Danuta rzuciła jeszcze przez ramię:

— Obyś kiedyś nie żałowała.

Spojrzałam na nią.

— Ja żałuję tylko tego, że tak długo milczałam.

I teraz pytam siebie: ile z nas żyje w cudzym domu i cudzych oczekiwaniach, bo boi się jednego zdania — „co ludzie powiedzą”? A może największą odwagą jest wreszcie powiedzieć: „dość”?