„Niespodzianka nie będzie dla ciebie dzisiaj” — 12 maja, kiedy pękło coś między mną a Zosią
— Dzisiaj, 12 maja — Mamo, tylko nie mów, że zapomniałaś! — pisnęła Zosia, wpadając do przedpokoju i zrzucając z ramion drogą torebkę. — No mamo! Przecież uprzedzałam cię miesiąc temu!
Powoli odwróciłam się od lustra, gdzie poprawiałam siwe włosy. Dłonie lekko mi się trzęsły, ale wzrok trzymałam twardo.
— O czym ty, Zosieńko?
— O niespodziance! O kolacji! O tym, że przyjdą wszyscy! — mówiła szybko, jakby goniła ją własna panika. — Ciocia Ela, wujek Marek, Anka z pracy. Nawet ksiądz Michał miał wpaść na chwilę. Mamo, to jest ważne. Dla mnie.
— Wiem — odpowiedziałam cicho.
Zosia zatrzymała się w pół kroku.
— To czemu stoisz jak… jakby nic się nie działo? Gdzie tort? Gdzie prezent? Gdzie ty w ogóle byłaś?
— W przychodni.
— W przychodni?! Dzisiaj?! — uniosła głos tak, że aż sąsiadka zza ściany stuknęła czymś w kaloryfer.
— Usiądź — powiedziałam. — Proszę.
— Nie będę siadać. Ja mam zaraz jechać do restauracji i… — urwała, patrząc na mnie uważniej. — Mamo, co jest?
Wzięłam oddech. Krótki. Jak przed skokiem do zimnej wody.
— Niespodzianka nie będzie dla ciebie dzisiaj.
Zosia zbladła.
— Co ty mówisz?
— Odwołałam.
— Odwołałaś?! — krzyk odbił się od ścian. — Ty… ty mi to robisz w dniu… w moim dniu?!
— To nie jest „twoje święto”, Zosia. To… — słowa ugrzęzły mi w gardle. — To jest mój dzień.
— Co?
— Moje badania. Dzisiaj miałam wynik.
Zosia otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Przez moment słychać było tylko zegar w kuchni. Tykanie. Jak odliczanie.
— I? — wyszeptała.
— I nie jest dobrze.
— Mamo… — jej głos nagle się złamał. — Czemu mi nie powiedziałaś wcześniej?
— Bo miałaś swoje życie. Swoje plany. Swoją pracę, kredyt, te wszystkie „ważne kolacje”. — Próbowałam żartować, ale zabrzmiało to gorzko. — A ja… ja nie chciałam być ciężarem.
— Przestań. — Zosia podeszła bliżej. — Przestań mówić jak babcia. Jakbyś była… do odstawienia.
— Wiesz, co ludzie mówią — wyrwało mi się. — „Dziecko musi być przy matce”. „Jak to córka nie dopilnuje”. „Wstyd”.
— Ludzie? — Zosia prychnęła, ale w oczach miała łzy. — Którzy ludzie? Ciocia Ela? Ksiądz Michał? Sąsiadka, co liczy, ile razy wyniosłam śmieci?
— W Polsce wszyscy wszystko wiedzą lepiej — powiedziałam, a potem uciekłam wzrokiem. — A ja się boję.
— Czego?
— Że powiesz: „Nie teraz, mamo”. Że w twoich oczach będę… przeszkodą.
Zosia zacisnęła dłonie na pasku torebki.
— Ja cię miesiąc temu prosiłam tylko o jedno. Żebyś była. Żebyś… — zacięła się. — Żebyś w końcu przestała mnie traktować jak dziecko, któremu się dawkować prawdę.
— Prawda nie zawsze jest do udźwignięcia.
— To nie ty decydujesz! — krzyknęła, a potem od razu ściszyła głos. — Przepraszam. Ale… mamo, ja mam prawo wiedzieć.
Wyjęłam z torebki kopertę z przychodni. Papier szeleszczący jak wyrzut sumienia.
— Proszę.
Zosia wzięła ją ostrożnie. Czytała. Raz, drugi. Potem usiadła jednak na krześle, jak ją prosiłam, tylko że teraz to krzesło wyglądało, jakby było za małe na ten ciężar.
— To… to da się leczyć? — zapytała, nie patrząc na mnie.
— Lekarz mówił o operacji. O chemii. O kolejce. — Uśmiechnęłam się krótko. — Wiesz, jak jest. Trzeba „załatwiać”, dzwonić, prosić.
— Załatwimy — powiedziała twardo.
— Zosiu…
— Nie mów mi „Zosieńko”, jakbyś mnie chciała udobruchać. — Podniosła na mnie oczy. — Ty mi dziś odwołałaś niespodziankę, bo myślałaś, że mnie ochronisz. A ja czuję się, jakbyś mnie wyrzuciła za drzwi.
Wstałam. Podeszłam. Chciałam ją przytulić.
— Nie dotykaj mnie jeszcze — syknęła, ale po sekundzie sama wtuliła się we mnie tak mocno, że aż zabolało.
— Ja się bałam — powiedziałam jej we włosy. — Że jak ci powiem, to ty zaczniesz żyć moją chorobą. Że rzucisz wszystko.
— A jeśli rzucę? — odsunęła się i spojrzała mi prosto w twarz. — To będzie mój wybór. Nie twój.
— Masz kredyt. Masz pracę. Masz swoje…
— Mam też ciebie. — Przełknęła ślinę. — I wiesz co? Niech sobie gadają. Niech ciocia Ela robi miny, niech sąsiadka stuka w kaloryfer, niech ksiądz Michał mówi kazanie o obowiązkach. Ja dziś jadę do tej restauracji.
— Po co? — zapytałam.
— Żeby powiedzieć wszystkim, że nie będzie kolacji. Że moja matka jest chora. — Jej głos zadrżał, ale nie uciekła. — I że jak ktoś ma problem, to niech go ma ze mną.
Zamarłam.
— Zosiu, nie musisz…
— Muszę. — Wytarła policzki. — Bo całe życie udawałyśmy, że da się wszystko przeżyć po cichu. Że jak się nie mówi, to nie boli. A boli.
Założyła płaszcz. W drzwiach odwróciła się jeszcze raz.
— Mamo. Następnym razem, jak będziesz stała przy lustrze i drżeć, to ja mam stać obok. Rozumiesz?
— Rozumiem — wyszeptałam.
Zosia wyszła, a ja zostałam w przedpokoju, patrząc na swoje odbicie. Pierwszy raz od dawna nie wyglądałam jak ktoś, kto „musi dać radę”. Wyglądałam jak matka, która wreszcie pozwoliła córce być dorosłą.
I teraz pytam was: kiedy człowiek ma prawo wybrać siebie, a kiedy musi wybrać rodzinę? A może w Polsce wciąż uczymy się, że to wcale nie są dwa różne wybory?