Mąż postawił mi ultimatum: albo on, albo moja rodzina. Czy można wygrać w tej grze?
– Albo ja, albo oni! – krzyknął Paweł, trzaskając drzwiami sypialni. Zamarłam z kubkiem herbaty w dłoni, czując jak gorący napar parzy mi palce. W tej chwili świat przestał istnieć – była tylko cisza, która bolała bardziej niż jakiekolwiek słowa.
Mam na imię Agnieszka. Mam 39 lat i mieszkam w niewielkim bloku na warszawskim Ursynowie. Zawsze byłam tą, która godzi wszystkich przy świątecznym stole, tą, która dzwoni pierwsza po kłótni, tą, która nie potrafi przejść obojętnie obok cudzego cierpienia. Ale dziś nie wiem już, kim jestem.
Paweł był moją pierwszą wielką miłością. Poznaliśmy się na studiach – on studiował informatykę, ja polonistykę. Zakochałam się w jego poczuciu humoru i tym, jak potrafił rozładować każdą napiętą sytuację. Przez lata byliśmy zgodnym małżeństwem – przynajmniej tak mi się wydawało. Mamy dwójkę dzieci: Zosię (12 lat) i Michała (9 lat). Nasze życie było zwyczajne: praca, szkoła, zakupy, wakacje nad Bałtykiem. Ale pod tą codziennością tliły się iskry konfliktu.
Moja mama, Elżbieta, jest wdową od pięciu lat. Po śmierci taty bardzo się zmieniła – stała się bardziej lękliwa, potrzebująca bliskości. Mieszka sama w starym mieszkaniu na Pradze. Często do niej jeżdżę: robię zakupy, sprzątam, czasem zostaję na noc, gdy źle się czuje. Mam też młodszego brata, Kamila – niestety, od lat nie utrzymujemy kontaktu. Po śmierci ojca pokłóciliśmy się o spadek i od tamtej pory nie odezwał się do mnie ani razu.
Paweł od początku naszego małżeństwa był wyrozumiały wobec mojej mamy. Ale z czasem zaczął narzekać:
– Twoja matka dzwoni codziennie! – mówił z irytacją. – Nie możesz jej powiedzieć, żeby trochę odpuściła?
Próbowałam tłumaczyć:
– Paweł, ona jest sama. Ty masz jeszcze rodziców i siostrę…
– Ale ja nie pozwalam im wtrącać się do naszego życia! – przerywał mi zawsze.
Z czasem te rozmowy zamieniały się w kłótnie. Paweł coraz częściej powtarzał, że nie chce być „na drugim miejscu”. Że czuję się jak piąte koło u wozu. Że dzieci widzą we mnie tylko opiekunkę dla babci.
Najgorsze przyszło w zeszłym roku. Mama przewróciła się na schodach i złamała biodro. Przez trzy miesiące byłam u niej niemal codziennie – gotowałam obiady na dwa domy, woziłam dzieci do szkoły i na zajęcia dodatkowe, a potem pędziłam na Pragę do mamy. Paweł początkowo pomagał – odbierał dzieci z angielskiego czy basenu, ale szybko zaczął mieć dość.
Pewnego wieczoru usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole:
– Agnieszka… tak dłużej nie może być. Albo wracasz do nas na stałe i przestajesz być służącą swojej matki, albo…
Zawahał się.
– Albo co? – zapytałam cicho.
– Albo musimy poważnie porozmawiać o naszej przyszłości.
Poczułam wtedy pierwszy raz prawdziwy strach. Przecież nie mogę zostawić mamy samej! Ale czy mogę poświęcić własną rodzinę?
Zosia zaczęła mieć problemy w szkole – nauczycielka zadzwoniła do mnie z informacją, że dziewczynka jest rozkojarzona i smutna. Michał coraz częściej zamykał się w swoim pokoju z tabletem. Paweł zamknął się w sobie – przestał ze mną rozmawiać o czymkolwiek poza logistyką dnia codziennego.
W tym wszystkim mama dzwoniła coraz częściej:
– Córeczko, przyjedź dziś wieczorem… Boję się spać sama.
Czułam się rozdarta na tysiąc kawałków.
W końcu Paweł postawił sprawę jasno:
– Nie chcę być z kobietą, która żyje życiem swojej matki! Albo wybierasz naszą rodzinę i ograniczasz kontakty z Elżbietą do minimum, albo…
Zamilkł.
– Albo co? – powtórzyłam drżącym głosem.
– Albo będziemy musieli się rozstać.
Tego wieczoru nie spałam całą noc. Wpatrywałam się w sufit i słuchałam oddechów dzieci zza ściany. Próbowałam wyobrazić sobie życie bez Pawła… i życie bez mamy.
Następnego dnia zadzwoniłam do mamy:
– Mamo… musimy porozmawiać.
– Coś się stało? – zapytała natychmiast zaniepokojona.
– Paweł… Paweł uważa, że za dużo czasu spędzam u ciebie. Że zaniedbuję dom…
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Agusia… ja nie chcę być ciężarem. Poradzę sobie…
Ale wiedziałam, że to nieprawda.
Próbowałam rozmawiać z Pawłem jeszcze wiele razy:
– Może mama mogłaby zamieszkać z nami? Przynajmniej na jakiś czas?
Paweł wybuchnął:
– Nigdy! Nie będę miał teściowej pod jednym dachem! Już raz przez to przechodziłem jako dziecko – moja babcia mieszkała z nami i przez nią rodzice prawie się rozwiedli!
Czułam się jak w pułapce bez wyjścia. Każda decyzja była zła.
W pracy zaczęłam popełniać błędy – szef wezwał mnie na rozmowę:
– Agnieszka, co się z tobą dzieje? Zawsze byłaś sumienna…
Nie potrafiłam odpowiedzieć.
Dzieci zaczęły pytać:
– Mamo, czemu jesteś smutna?
Nie chciałam ich obciążać swoimi problemami.
W końcu mama trafiła do szpitala z powodu zapalenia płuc. Spędziłam przy niej trzy noce pod rząd. Paweł nie odezwał się do mnie przez ten czas ani słowem – tylko wysyłał krótkie smsy: „Dzieci odebrane”, „Obiad w lodówce”.
Kiedy wróciłam do domu po trzech dniach niewyspania i stresu, Paweł czekał na mnie w kuchni:
– To koniec – powiedział spokojnie. – Nie chcę tak żyć.
Zaczęłam płakać:
– Paweł… proszę cię…
– Ja też mam prawo do żony! – krzyknął nagle. – Nie jestem twoim kolegą z pracy ani sąsiadem! Jestem twoim mężem!
Próbowałam go objąć, ale odsunął się ode mnie.
Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Dzieci wyczuwały napięcie – Zosia zaczęła moczyć się w nocy ze stresu, Michał dostał ataku astmy podczas klasówki.
W końcu zadzwoniła do mnie teściowa:
– Agnieszko… może powinnaś trochę odpuścić mamie? Paweł jest nieszczęśliwy…
Poczułam wtedy ogromną złość:
– A kto pomoże mojej mamie? Kamil? On nawet nie odbiera telefonów!
Teściowa westchnęła:
– Wiem… Ale czasem trzeba wybrać własne szczęście.
Ale czyje szczęście mam wybrać? Swoje? Pawła? Dzieci? Mamy?
W końcu usiadłam z Pawłem przy stole:
– Nie potrafię ci obiecać, że zostawię mamę samą. Ale nie chcę też stracić ciebie i dzieci…
Paweł spojrzał mi prosto w oczy:
– To wybierz. Bo ja już dłużej tak nie mogę.
I wtedy poczułam coś dziwnego: pustkę i ulgę jednocześnie. Może czas przestać być wszystkim dla wszystkich?
Dziś siedzę sama w kuchni i piszę tę historię. Nie wiem jeszcze, co zrobię. Może powinnam poprosić o pomoc psychologa rodzinnego? Może powinnam spróbować pogodzić brata z mamą? Może powinnam postawić granice?
A może po prostu nie da się wygrać tej gry?
Czy ktoś z was był kiedyś zmuszony wybierać między rodziną a miłością? Jak poradziliście sobie z takim wyborem? Czy można być szczęśliwym bez poczucia winy?