„Dla mnie… Dla mnie…” — a potem telefon, który rozdarł mi życie na pół
„Dla mnie… Dla mnie…” — powtarzałam pod nosem, przesuwając żelazko po koszuli Marka, jakbym tym monotonnym ruchem mogła wyprasować sobie myśli.
Pot spływał mi po skroniach i po plecach. W domu było cicho, tylko syczenie pary i tykanie zegara. Zostało już niewiele, gdy telefon zadzwonił pierwszy raz. Ucichł. Zadzwonił znowu, natarczywie, jakby ktoś stał za drzwiami i walił pięścią.
Odstawiłam żelazko. Podeszłam do aparatu. Ręce miałam mokre.
— Halo?
Najpierw oddech. Potem głos, którego nie słyszałam od lat.
— Irena… to ja. Paweł.
Serce uderzyło tak mocno, że aż usiadłam na krześle.
— Skąd masz ten numer? — wyszło ze mnie ostro, jakbym mogła tym tonem udawać, że nic nie czuję.
— Od Ani. Słuchaj… ja jutro jestem w Polsce. W twoim mieście. Muszę cię zobaczyć.
„Muszę”. To słowo rozdarło mi gardło.
— Paweł, ja mam męża.
— Wiem.
— I dziecko — dodałam ciszej, bo nawet ściany w tym domu potrafiły donosić.
— Wiem. Ale to też moje dziecko, Irena.
Zrobiło mi się zimno mimo upału. Przez chwilę słyszałam tylko własny oddech i gdzieś w tle szczekanie psa u sąsiadów.
— Nie mów tak — wyszeptałam. — Nie masz prawa.
— Mam. Bo wtedy… wtedy uciekłaś, bo twoja matka powiedziała, że „wstydu nie zniesie”. Bo wszyscy gadali. A ja wyjechałem, bo mnie stąd wypchnęli. Teraz wracam. I chcę ją poznać.
„Ją”. A więc wiedział. Wiedział, że to dziewczynka.
— Ona ma na imię Zosia — powiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
— Zosia… — powtórzył miękko. — Irena, proszę. Spotkajmy się. Chociaż na pięć minut.
W tym momencie usłyszałam skrzypnięcie furtki. Kroki na podwórku. Klucz w zamku.
Marek wrócił.
— Irena! — zawołał od progu. — Zupa jest?
Ścisnęłam słuchawkę tak mocno, że aż zabolały mnie palce.
— Paweł, ja… nie mogę teraz.
— Jutro o osiemnastej, przy dworcu. Będę czekał. Jeśli nie przyjdziesz, zrozumiem. Ale nie każ mi znowu znikać bez odpowiedzi.
Rozłączył się. A ja przez chwilę trzymałam w ręce martwą słuchawkę, jakby była czymś żywym.
— Z kim gadałaś? — Marek stanął w kuchni, spocony, zmęczony po robocie. Spojrzał na deskę, na stertę koszul. — Znowu twoja matka?
— Pomylił się numer — skłamałam odruchowo.
Marek parsknął.
— U ciebie zawsze „pomyłka”. A potem płacz w nocy. Myślisz, że ja nie widzę?
Zamknęłam oczy. W gardle miałam sucho.
— Marek, ja… muszę ci coś powiedzieć.
On odłożył torbę. Twarz mu stwardniała.
— Co?
— To, co było kiedyś… zanim się pobraliśmy.
— Irena, nie zaczynaj. Ludzie nie mają co jeść, a ty będziesz grzebać w starych rzeczach.
Wtedy weszła moja matka, jak zawsze bez pukania. Niosła słoik ogórków i swoje spojrzenie, które potrafiło człowieka przybić do podłogi.
— Co tu takie miny? — rzuciła. — Irena, prasowanie skończone? Bo jutro do kościoła trzeba wyglądać.
Marek od razu złagodniał, jakby obecność matki była pieczęcią porządku.
— Ona coś kombinuje — mruknął. — Znowu.
Matka spojrzała na mnie.
— Irena, nie wymyślaj. Masz dom. Masz męża. Masz dziecko. Czego ci jeszcze trzeba?
Chciałam krzyknąć: „Prawdy”. Ale słowa stanęły mi w gardle.
Następnego dnia cały dzień chodziłam jak na sznurku. W pracy w sklepie myliłam ceny. Klienci kręcili nosem.
— Irena, ogarnij się — syknęła Kasia przy kasie. — Co z tobą?
— Nic — odpowiedziałam.
A w środku miałam tylko jedno: „dworzec, osiemnasta”.
O siedemnastej czterdzieści pięć stałam w łazience. Patrzyłam w lustro. Widziała mnie kobieta w bluzce z wypranymi kwiatami, z włosami spiętymi byle jak. Matka by powiedziała: „żona”. Marek by powiedział: „moja”. A ja w lustrze widziałam kogoś, kto kiedyś miał odwagę.
Zosia bawiła się w pokoju.
— Mamo, gdzie idziesz? — zawołała.
Zamarłam.
— Na chwilę. Do sklepu — skłamałam.
— Tato mówił, że mamy być razem na kolacji — odpowiedziała i spojrzała na mnie tak, jakby już rozumiała więcej, niż powinna.
W kuchni Marek kroił chleb.
— Dokąd? — zapytał, nie podnosząc wzroku.
— Muszę… załatwić sprawę.
— Jaką sprawę?
— Marek, proszę.
Wtedy odłożył nóż. Powoli.
— To o tego faceta chodzi, co? — powiedział cicho.
Zamarłam.
— Jakiego faceta?
— Nie rób ze mnie głupka. Matka mi mówiła, że kiedyś coś było. Że ty… że ty wtedy „narobiłaś wstydu”, a ona to przykryła. — Popatrzył mi w oczy. — Zosia jest moja?
Zrobiło mi się ciemno. Oparłam się o blat.
— Marek…
— Odpowiedz.
— Kochałam cię — powiedziałam, bo to była prawda, choć nie ta, o którą pytał. — Kochałam cię na swój sposób. I chciałam, żeby było normalnie.
— Normalnie? — prychnął. — Normalnie to jest prawda.
W drzwiach stanęła matka. Jakby czekała.
— Irena nigdzie nie idzie — powiedziała twardo. — Koniec.
— Mamo… — wyszeptałam.
— Mamo?! — Matka aż się uniosła. — Ja cię uratowałam. Ja ci dałam życie. Bez tego domu byś była nikim. Ludzie by cię zjedli.
Marek patrzył na mnie, jakby nagle zobaczył obcą.
— Idziesz do niego? — zapytał.
Wtedy Zosia weszła do kuchni. Stanęła między nami.
— Czemu krzyczycie? — zapytała.
I wszystko we mnie pękło.
— Bo mama kiedyś się bała — powiedziałam, a głos mi drżał. — I teraz też się boi.
Matka syknęła.
— Przestań przy dziecku!
Marek podszedł bliżej.
— Irena. Ostatni raz. Idziesz czy nie?
Spojrzałam na Zosię. Na jej oczy. Takie same jak Pawła. I moje.
Wzięłam kurtkę z krzesła.
— Idę — powiedziałam.
Matka złapała mnie za rękę.
— Jak wyjdziesz, to nie wracaj — syknęła.
Marek nie zatrzymał mnie. Tylko stał jak kamień.
Na dworcu było tłoczno. Smród spalin, krzyk, walizki. A ja czułam, jakby każdy patrzył prosto na mnie.
Paweł stał pod zegarem. Zmęczony. Starszy. Ale kiedy mnie zobaczył, zrobił krok do przodu.
— Irena…
— Nie dotykaj mnie — powiedziałam od razu.
Zatrzymał się.
— Gdzie ona jest?
— W domu — odpowiedziałam. — I nie wiem, czy kiedykolwiek będziesz mógł ją zobaczyć.
— Dlaczego?
— Bo w Polsce nie wygrywa ten, kto ma serce. Tylko ten, kto ma „spokój” i opinię sąsiadów — wyrzuciłam z siebie. — A ja przez lata płaciłam za spokój cudzym życiem.
Paweł przełknął ślinę.
— Ja nie chcę cię zabierać. Ja chcę być. Dla niej.
Stałam chwilę, patrząc na tablicę odjazdów, jakby miała mi powiedzieć, co robić.
— Daj mi czas — powiedziałam w końcu. — Jeden dzień. Powiem Markowi prawdę do końca. Jeśli mnie wyrzuci, to… to wtedy zobaczymy.
— Będę czekał — odpowiedział.
Wróciłam do domu późno. W kuchni paliło się światło. Marek siedział przy stole. Przed nim zimna herbata.
— I? — zapytał.
— To Paweł — powiedziałam. — Zosia jest jego.
Marek zamknął oczy. Długo milczał.
— A ja? — wyszeptał. — Ja ją wychowałem.
— Wiem — odpowiedziałam. — I za to… za to cię nigdy nie przestanę szanować.
Z sąsiedniego pokoju dobiegł głos matki:
— Widzisz?! Widzisz, do czego doprowadziła!
Marek wstał. Podszedł do drzwi pokoju Zosi. Zatrzymał się. Nie wszedł.
— Jutro pojedziemy do księdza — powiedział w końcu, jakby to miało uratować świat.
— Nie — odpowiedziałam cicho, ale pewnie. — Jutro pojedziemy porozmawiać. My. I Zosia, kiedy będzie gotowa. Bez księdza. Bez sąsiadów.
Marek spojrzał na mnie tak, jakby pierwszy raz usłyszał mój prawdziwy głos.
Nie wiem, co będzie dalej. Wiem tylko, że pierwszy raz od lat nie prasuję cudzych decyzji, żeby wyglądały równo.
Czy naprawdę „rodzina” ma sens, jeśli stoi na kłamstwie? I ile jeszcze kobiet w Polsce milczy tylko po to, żeby nikt nie mówił?