Kiedy sąsiedztwo staje się ciężarem: Opowieść o granicach i utraconej przyjaźni
– Iwona, mogłabyś dziś odebrać Olę z przedszkola? – głos Marty w słuchawce był jak zwykle pośpieszny, lekko roztrzęsiony. Stałam w kuchni, patrząc na zegar. Była 15:20, za dwadzieścia minut miałam wideokonferencję z szefem. – Marta, dziś naprawdę nie mogę, mam ważne spotkanie… – zaczęłam, ale ona już weszła mi w słowo. – Proszę cię, tylko dziś! Mój szef zwariuje, jeśli wyjdę wcześniej. Ola i tak uwielbia bawić się z twoją Zosią, a ja ci się odwdzięczę, obiecuję!
To nie był pierwszy raz. Właściwie od kiedy nasze córki zaczęły chodzić do tego samego przedszkola, Marta coraz częściej prosiła mnie o przysługi. Najpierw były to drobiazgi – podlanie kwiatów, odebranie paczki od kuriera. Potem coraz częściej prosiła o opiekę nad Olą, a ja, z początku z radością, zgadzałam się. W końcu obie byłyśmy samotnymi matkami, obie próbowałyśmy pogodzić pracę z wychowaniem dzieci. Ale z czasem zaczęłam czuć, że ta równowaga się zachwiała.
Pamiętam, jak pewnego wieczoru, po całym dniu opieki nad Olą, usiadłam na kanapie i poczułam, że jestem po prostu zmęczona. Moja Zosia patrzyła na mnie z wyrzutem, bo nie miałam już siły na wspólną zabawę. Wtedy po raz pierwszy przemknęło mi przez myśl: czy to naprawdę jest przyjaźń, czy tylko wygodna relacja dla Marty?
Następnego dnia, kiedy spotkałyśmy się na klatce schodowej, Marta rzuciła: – Dzięki za wczoraj, uratowałaś mi życie! – i już była w drodze do windy. Nawet nie zapytała, jak minął mi dzień. Poczułam ukłucie żalu. Przecież ja też mam swoje życie, swoje problemy, swoje granice.
Zaczęłam unikać jej wzroku, kiedy wracałam z pracy. Zosia pytała, dlaczego Ola już tak rzadko do nas przychodzi. – Czasem trzeba odpocząć, kochanie – tłumaczyłam, choć sama nie byłam pewna, czy to prawda.
Pewnego popołudnia Marta zadzwoniła do drzwi. Otworzyłam niechętnie, z ręcznikiem na głowie, bo właśnie wyszłam spod prysznica. – Iwona, muszę cię prosić o przysługę… – zaczęła, ale przerwałam jej. – Marta, przepraszam, ale dziś naprawdę nie mogę. Mam swoje sprawy. – Spojrzała na mnie zaskoczona, jakby nie rozumiała, że mogę odmówić. – Ale zawsze mi pomagasz… – powiedziała cicho. – Właśnie, zawsze – odpowiedziałam, czując, jak narasta we mnie złość. – Ale ja też mam swoje życie.
Zapanowała niezręczna cisza. Marta spuściła wzrok, a potem bez słowa odeszła. Zamknęłam drzwi i poczułam ulgę, ale też smutek. Przez kolejne dni unikałyśmy się. Zosia pytała, czy Ola może przyjść się pobawić, ale Marta nie odbierała telefonu.
W pracy byłam rozkojarzona. Koleżanka z biura, Ania, zauważyła, że coś jest nie tak. – Coś się stało? – zapytała podczas przerwy na kawę. – Pokłóciłam się z sąsiadką – westchnęłam. – Wiesz, to taka dziwna sytuacja. Pomagałam jej, bo myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami, ale teraz czuję się wykorzystana. – Ania pokiwała głową. – Czasem trzeba postawić granice. Inaczej ludzie będą brać, ile mogą.
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, analizując każdą rozmowę z Martą. Czy powinnam była być bardziej stanowcza od początku? Czy to moja wina, że pozwoliłam jej na tyle?
Minęły tygodnie. Zosia i Ola widywały się tylko w przedszkolu. Pewnego dnia, kiedy odbierałam Zosię, podeszła do mnie wychowawczyni. – Pani Iwono, czy wszystko w porządku? Zosia i Ola były dziś smutne, mówiły, że się nie bawią razem jak dawniej. – Uśmiechnęłam się smutno. – To tylko chwilowe, mam nadzieję.
Wróciłam do domu i długo patrzyłam w okno na blok naprzeciwko. Zastanawiałam się, czy Marta też czuje się samotna, czy może znalazła już kogoś innego, kto będzie ją wyręczał. W końcu zebrałam się na odwagę i napisałam do niej wiadomość: „Marta, może porozmawiamy? Chciałabym, żeby nasze dziewczynki znów się przyjaźniły, ale musimy ustalić pewne zasady. Nie chcę czuć się wykorzystywana, a jednocześnie nie chcę tracić tej relacji.”
Czekałam na odpowiedź, ale minęły godziny, potem dni. W końcu dostałam krótką odpowiedź: „Rozumiem. Muszę to przemyśleć.”
Od tamtej pory nasze relacje są chłodne, ale przynajmniej czuję, że odzyskałam kontrolę nad swoim życiem. Zosia czasem pyta, czy Ola przyjdzie się pobawić, a ja odpowiadam, że może kiedyś.
Czasem zastanawiam się, czy można było to rozwiązać inaczej. Czy przyjaźń zawsze musi kończyć się wtedy, gdy zaczynamy dbać o własne granice? A może to właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa relacja? Co wy o tym myślicie?