Kiedy teściowa postanowiła za mnie: historia Eweliny

— Ewelina, nie tak się robi pierogi! — głos pani Haliny, mojej teściowej, rozległ się w kuchni jak dzwon. Stałam przy stole, z mąką na rękach, próbując zachować spokój. To był trzeci raz w tym tygodniu, kiedy przyszła do nas bez zapowiedzi, a ja czułam, jak narasta we mnie frustracja. — Zobacz, ciasto jest za grube, farsz się rozwala. Ty nigdy się nie nauczysz, prawda? — dodała z uśmiechem, który miał być serdeczny, ale był tylko pełen wyższości.

Spojrzałam na nią, potem na mojego męża, Marcina, który siedział przy stole i udawał, że nie słyszy. Wzięłam głęboki oddech. — Może po prostu robię je inaczej, pani Halino — odpowiedziałam cicho, ale ona już była przy mnie, wyrywając mi wałek z rąk. — Daj, pokażę ci, jak to się robi w naszej rodzinie. — W naszej rodzinie. Te słowa zawsze wbijały się we mnie jak szpilki. Bo choć byłam żoną jej syna od pięciu lat, wciąż czułam się jak intruz.

Nie zawsze tak było. Kiedy poznałam Marcina, wydawało mi się, że trafiłam na człowieka, z którym mogę zbudować szczęśliwy dom. Był czuły, troskliwy, miał poczucie humoru. Jego rodzina wydawała się serdeczna, choć już wtedy pani Halina miała w sobie coś, co sprawiało, że czułam się nieswojo. Ale wtedy myślałam, że to tylko kwestia czasu, że się dotrzemy. Myliłam się.

Z czasem jej wizyty stawały się coraz częstsze. Najpierw raz w tygodniu, potem dwa, trzy. Zawsze z jakimś pretekstem: a to trzeba pomóc z praniem, a to z obiadem, a to z wniesieniem zakupów. Marcin nigdy nie protestował. — To moja mama, Ewelina, ona chce dobrze — powtarzał. Ale ja czułam, że z każdym jej wejściem do naszego mieszkania, tracę kawałek siebie.

Najgorsze były święta. Pamiętam Wigilię dwa lata temu. Przygotowałam wszystko sama, chciałam, żeby było wyjątkowo. Kiedy usiedliśmy do stołu, pani Halina zaczęła komentować: — Barszcz za kwaśny, karp za suchy, a makowiec… no cóż, moja mama robiła lepszy. — Siedziałam wtedy z zaciśniętymi dłońmi na kolanach, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Marcin milczał. Po kolacji zamknęłam się w łazience i płakałam, a on nawet nie zapukał.

Z czasem zaczęłam się wycofywać. Przestałam zapraszać znajomych, bo bałam się, że teściowa znowu wpadnie i zrobi mi wstyd. Przestałam mówić Marcinowi o swoich uczuciach, bo wiedziałam, że zawsze stanie po stronie matki. Czułam się coraz bardziej samotna, jakby ktoś zamykał mnie w niewidzialnej klatce.

Aż do tego dnia, kiedy wszystko się zmieniło. To był zwykły poniedziałek. Wróciłam z pracy zmęczona, marząc tylko o chwili spokoju. Zastałam panią Halinę w naszym salonie, przeglądała moje rzeczy. — Szukałam rachunku za prąd, bo Marcin mówił, że znowu zapomniałaś zapłacić — powiedziała bez cienia skruchy. — Poza tym, musimy porozmawiać. — Usiadła naprzeciwko mnie, patrząc mi prosto w oczy. — Ewelina, ja wiem, że ci ciężko, ale musisz zrozumieć, że w tej rodzinie są pewne zasady. Marcin jest moim jedynym synem, nie pozwolę, żebyś go odciągnęła ode mnie. Jeśli chcesz tu być, musisz się dostosować. Albo robisz tak, jak ja mówię, albo… — zawiesiła głos, a ja poczułam, jak serce wali mi w piersi.

— Albo co? — zapytałam, ledwo słysząc własny głos.

— Albo nie będziesz już częścią tej rodziny. — Jej słowa były jak zimny prysznic. W tym momencie do pokoju wszedł Marcin. — Co się dzieje? — zapytał, patrząc na nas z niepokojem.

— Twoja żona musi się zdecydować, czy chce być z nami, czy przeciwko nam — powiedziała teściowa, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Spojrzałam na Marcina, szukając w jego oczach wsparcia, ale on tylko spuścił głowę. — Mamo, nie zaczynaj… — mruknął, ale to było wszystko. Żadnej obrony, żadnego słowa dla mnie.

Wtedy coś we mnie pękło. — Dość! — krzyknęłam, aż sama się przestraszyłam własnego głosu. — Mam już dosyć tego, że ktoś ciągle mówi mi, jak mam żyć. Mam dosyć tego, że nie mogę być sobą we własnym domu. Marcin, ile jeszcze będziesz udawał, że wszystko jest w porządku?

Pani Halina spojrzała na mnie z niedowierzaniem. — Jak śmiesz tak do mnie mówić?

— Śmiem, bo to moje życie! — odpowiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. — Przez pięć lat próbowałam się dopasować, ale nigdy nie byłam wystarczająco dobra. Zawsze coś było nie tak. Może czas, żebym zaczęła żyć po swojemu.

Marcin patrzył na mnie, jakby widział mnie pierwszy raz. — Ewelina, proszę cię… — zaczął, ale nie dokończył. Wstałam, wzięłam torebkę i wybiegłam z mieszkania. Na klatce schodowej usiadłam na schodach i zaczęłam płakać. Nie wiedziałam, co dalej. Bałam się, ale czułam też ulgę. Po raz pierwszy od dawna powiedziałam, co naprawdę czuję.

Przez kilka dni mieszkałam u przyjaciółki. Marcin dzwonił, pisał, ale nie miałam siły z nim rozmawiać. Potrzebowałam czasu, żeby zrozumieć, czego chcę. Wiedziałam jedno: nie wrócę do życia, w którym nie mam prawa głosu.

Po tygodniu spotkaliśmy się w kawiarni. — Ewelina, przepraszam. Nie wiedziałem, że aż tak cierpisz — powiedział cicho. — Ale to moja mama, nie mogę jej odsunąć.

— A ja nie mogę dłużej żyć w cieniu twojej mamy — odpowiedziałam. — Musisz wybrać, Marcin. Albo budujemy naszą rodzinę na naszych zasadach, albo… — nie dokończyłam. On tylko spuścił głowę.

Nie wróciłam do niego. Wynajęłam małe mieszkanie, zaczęłam żyć na nowo. Było ciężko, ale z każdym dniem czułam się silniejsza. Czasem tęsknię za Marcinem, ale wiem, że podjęłam dobrą decyzję. Bo ile można poświęcać siebie dla cudzych oczekiwań?

Czasem zastanawiam się, czy mogłam coś zrobić inaczej. Czy gdybym była bardziej uległa, byłabym szczęśliwsza? Ale potem patrzę w lustro i widzę kobietę, która wreszcie odważyła się być sobą. Czy naprawdę warto rezygnować z własnej godności dla świętego spokoju? Może czasem trzeba powiedzieć dość, nawet jeśli boli.