Nie mogę na ciebie patrzeć, dopóki się nie ogarniesz – historia Magdy z Gdańska

— Nie mogę na ciebie patrzeć, dopóki się nie ogarniesz — powiedział Michał, trzaskając drzwiami sypialni. Stałam w kuchni w poplamionej bluzie, z tłustymi włosami związanymi w niedbały koczek i dzieckiem przy piersi. To był trzeci dzień z rzędu, kiedy nie wyszłam nawet na balkon. Trzeci dzień, kiedy nie miałam siły nawet się wykąpać. I trzeci dzień, kiedy mój mąż patrzył na mnie jak na kogoś obcego.

Mam na imię Magda. Mam 32 lata i mieszkam w Gdańsku. Jeszcze rok temu byłam kobietą, która śmiała się głośno, biegała po plaży z psem i planowała podróże po Europie. Dziś jestem cieniem tamtej Magdy. Wszystko zaczęło się, gdy urodziłam naszą córkę, Zosię.

Poród był ciężki. Trzy godziny bólu, krzyku i strachu. Michał był przy mnie, ale pamiętam tylko jego przerażone oczy i to, jak trzymał mnie za rękę, jakby sam chciał uciec. Po wszystkim lekarz powiedział: „Gratulacje, jest pani mamą”. Ale ja nie czułam się mamą. Czułam się jak wrak człowieka.

Pierwsze tygodnie były jak sen — koszmar senny. Zosia płakała całymi nocami. Nie miałam pokarmu, więc walczyłam z laktatorem i łzami. Michał wracał z pracy zmęczony i zirytowany. — Może byś się ogarnęła? — rzucał od progu. — Przecież inne kobiety dają radę.

Moja mama mieszka w Olsztynie. Przyjechała na kilka dni po porodzie, ale szybko musiała wracać do pracy. Teściowa, pani Halina, wpadała raz w tygodniu z ciastem i radami: — W moich czasach to kobieta musiała być zawsze zadbana! Ja z dwójką dzieci chodziłam do pracy i jeszcze miałam czas na fryzjera! — mówiła z dumą, patrząc na mnie z góry.

Pewnego dnia usłyszałam rozmowę Michała przez telefon:
— Stary, nie poznaję jej. Cały dzień w piżamie, włosy tłuste… Ja rozumiem dziecko, ale bez przesady. Chyba muszę ją postawić do pionu.

To bolało bardziej niż ból po porodzie. Zaczęłam się starać. Malowałam rzęsy o szóstej rano, zanim Zosia się obudziła. Zakładałam czyste ubrania, choćby na pięć minut dziennie. Ale to nic nie zmieniało. Michał coraz częściej spał na kanapie w salonie.

— Magda, ja nie chcę mieć w domu zaniedbanej baby — powiedział pewnego wieczoru. — Chciałem mieć żonę, a nie cień człowieka.

Wybuchłam płaczem:
— Myślisz, że ja tego chcę? Że mi dobrze tak wyglądać? Że nie chciałabym wyjść do ludzi?
— To się ogarnij! — rzucił i wyszedł.

Zaczęłam mieć ataki paniki. Bałam się wyjść z domu nawet do sklepu po mleko. Zosia była moim jedynym światem. Czułam się jak w klatce — klatce własnego mieszkania i własnego ciała.

Pewnego dnia zadzwoniła mama:
— Córeczko, słyszałam od Haliny, że Michał narzeka…
— Mamo, ja już nie daję rady — wyszeptałam.
— Może powinnaś wrócić do Olsztyna? Przynajmniej miałabyś wsparcie.

Ale jak miałam zostawić wszystko? Pracę (na razie na urlopie macierzyńskim), mieszkanie kupione na kredyt, męża…

Teściowa zaczęła coraz częściej komentować:
— Michał zawsze lubił zadbane kobiety… Może powinnaś pójść do kosmetyczki? Albo chociaż umyć włosy?

Czułam się upokorzona. Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i powiedziałam Michałowi:
— Potrzebuję pomocy. Może pójdziemy razem do psychologa?
— Psychologa? Ty chyba żartujesz! Co ludzie powiedzą? — prychnął.

Zaczęły się ciche dni. Michał coraz częściej wychodził wieczorami „na siłownię” albo „do kolegi”. Zosia rosła, a ja coraz bardziej znikałam.

Pewnej nocy usłyszałam jego szept przez telefon:
— Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam… Ona już nie jest tą samą Magdą…

Wtedy pierwszy raz pomyślałam o rozwodzie. Ale czy miałam siłę? Czy miałam prawo zabrać Zosi ojca?

Któregoś ranka obudziłam się i zobaczyłam wiadomość od koleżanki ze studiów:
„Magda, widziałam cię ostatnio pod Biedronką… Wyglądałaś na bardzo smutną. Jeśli chcesz pogadać — jestem.”

Zebrałam się w sobie i napisałam do niej. Spotkałyśmy się w kawiarni nad Motławą. Opowiedziałam jej wszystko — o bólu, samotności, upokorzeniu.

— Magda, to nie twoja wina — powiedziała Kasia. — Masz depresję poporodową. Musisz szukać pomocy.

Po powrocie do domu zebrałam resztki odwagi i zadzwoniłam do poradni zdrowia psychicznego. Umówiłam się na wizytę.

Michał dowiedział się przypadkiem:
— Ty naprawdę jesteś nienormalna! — krzyknął. — Co ja powiem ludziom?

Wtedy pękło we mnie coś ostatecznie.
— Powiesz im prawdę! Że twoja żona jest człowiekiem! Że potrzebuje wsparcia!

Zaczęliśmy kłócić się codziennie. Teściowa dolewała oliwy do ognia:
— Może powinnaś wrócić do mamy? Michał zasługuje na szczęście.

W końcu spakowałam walizkę i pojechałam z Zosią do Olsztyna na kilka tygodni.

Mama przyjęła mnie ze łzami w oczach:
— Córeczko… Jak mogłam nie widzieć twojego cierpienia?

W Olsztynie zaczęłam terapię. Powoli odzyskiwałam siebie — tę Magdę sprzed lat. Zosia zaczęła się uśmiechać częściej niż płakać.

Michał dzwonił rzadko:
— Kiedy wrócisz?
— Nie wiem — odpowiadałam szczerze.

Po miesiącu przyjechał do Olsztyna.
— Magda… Przepraszam… Ja też nie dawałem rady… Bałem się…

Rozmawialiśmy długo. O tym, jak bardzo nasza rodzina potrzebuje wsparcia i zrozumienia — a nie oceniania i krytyki.

Nie wiem jeszcze, czy wrócimy do siebie naprawdę. Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę sobie wmówić, że jestem nikim tylko dlatego, że jestem zmęczona i zagubiona.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy ta dawna Magda jeszcze wróci? Czy można odbudować miłość tam, gdzie była tylko samotność i ból?

A Wy? Czy ktoś z Was też musiał walczyć o siebie w swoim własnym domu?