„Nie mów do mnie mamo” — a ja i tak próbowałam. Aż pewnego wieczoru w kuchni pękło wszystko

„Nie dotykaj mojej szklanki!” — krzyk Hani przeciął kuchnię jak nóż. Stałam z mokrymi rękami nad zlewem, woda kapała mi po nadgarstkach, a w głowie miałam tylko jedno: znowu. Znowu awantura o coś, co w normalnym domu byłoby niczym.

— Haniu, ja tylko ją przestawiłam, bo… — zaczęłam, ale Paweł już wszedł, jeszcze w kurtce, z twarzą zmęczoną po pracy.

— Co się dzieje? — zapytał, a ja poczułam, jak w gardle rośnie mi gula.

— Ona się czepia wszystkiego — wyrwało mi się. — Ja nie mogę nawet umyć naczyń, bo to „jej” szklanka, „jej” talerz, „jej” miejsce.

Hania stała przy stole, drobna, z włosami związanymi byle jak, z tym swoim spojrzeniem, które zawsze wyglądało, jakby mnie oceniała. Jakby sprawdzała, czy jestem godna bycia w tym domu.

— Bo ty tu nie jesteś u siebie — powiedziała cicho, ale tak, żeby zabolało. — To jest dom taty.

Paweł westchnął, jakby ktoś mu położył na plecach worek cementu.

— Haniu, przestań. — Jego głos był spokojny, ale ja słyszałam w nim prośbę, żebym nie robiła sceny.

A ja już miałam scenę w środku. Od miesięcy.

Kiedy poznałam Pawła, mówił o córce tak, jak mówi się o czymś delikatnym, co łatwo stłuc. „Hania jest wrażliwa”, „Hania dużo przeszła”, „Hania potrzebuje stabilizacji”. Kiwałam głową, bo byłam zakochana. Bo Paweł był ciepły, opiekuńczy, taki mężczyzna, który potrafi naprawić kran i jednocześnie zapytać, czy nie jest mi zimno. Wydawało mi się, że razem z nim dostaję też gotowy plan na życie: mieszkanie na kredyt, wakacje nad morzem, niedzielne rosoły.

Nie powiedział mi tylko, jak wygląda stabilizacja, kiedy w twoim salonie mieszka dziecko, które nie jest twoje i które codziennie przypomina ci, że ktoś inny był tu pierwszy.

Matka Hani — Dorota — zniknęła jak dym. Tak to Paweł opowiadał: „Wyjechała do Niemiec z jakimś facetem. Zostawiła Hanię. Po prostu spakowała walizkę i wyszła”. Kiedy mówił to pierwszy raz, miał w oczach wstyd, jakby to on był winny. A ja wtedy myślałam: jak można zostawić dziecko?

Dziś, kiedy stoję w kuchni i słyszę „to jest dom taty”, łapię się na myśli, której się boję: może Dorota uciekła, bo nie wytrzymała.

Nie, nie jestem potworem. Przynajmniej tak sobie powtarzam. Pracuję, sprzątam, gotuję, pamiętam o rachunkach, o zakupach, o tym, żeby w lodówce było mleko. Ale w tym domu jest jeszcze coś, czego nie umiem „ogarnąć”: obecność Hani. Jej plecak rzucony w przedpokoju. Jej skarpetki pod kanapą. Jej cisza, kiedy mówię „dzień dobry”. Jej ostentacyjne „tataaaa”, kiedy Paweł wraca, jakby chciała zaznaczyć teren.

Najgorsze są wieczory. Paweł siada z nią do lekcji, tłumaczy matematykę, a ja stoję w drzwiach i czuję się jak intruz. Czasem próbowałam się włączyć.

— Haniu, może zrobimy to razem? — pytałam.

— Nie. — Krótkie, twarde.

— Ale ja umiem…

— Nie jesteś moją mamą.

To zdanie wracało jak bumerang. I za każdym razem bolało bardziej, bo zaczęłam się łapać na tym, że ja… ja chciałam, żeby ona mnie choć trochę potrzebowała. Żeby powiedziała: „ciociu” albo chociaż „Ania”. A ona mówiła do mnie „ty”. Albo wcale.

Paweł próbował mediować.

— Daj jej czas — mówił. — Ona ma w głowie chaos. Dorota dzwoni raz na dwa miesiące, obiecuje, że przyjedzie, a potem cisza. Hania się trzyma mnie, bo boi się, że też zniknę.

I wtedy we mnie coś pękało, bo ja nie chciałam być testowana. Nie chciałam udowadniać, że nie zniknę. Chciałam normalności. A normalność w Polsce to i tak walka: inflacja, raty, kolejki do lekarza, praca, w której człowiek wraca wypluty. Ja wracałam i marzyłam o ciszy. A dostawałam trzaskanie drzwiami i spojrzenia, które mówiły: „Nie jesteś stąd”.

Zaczęłam myśleć o babci Hani — Halinie. Mieszkała w małym miasteczku pod Radomiem, w domu z ogródkiem, gdzie zawsze pachniało kompotem i starym drewnem. Halina była matką Doroty, ale paradoksalnie to ona była jedyną osobą, która naprawdę interesowała się Hanią. Dzwoniła, pytała, przysyłała paczki: skarpetki, czekoladę, czasem banknot w kopercie.

— Halina by ją wzięła na jakiś czas — rzuciłam kiedyś, niby mimochodem, kiedy Paweł narzekał, że Hania znowu ma uwagę w dzienniczku.

Paweł spojrzał na mnie ostro.

— Co ty sugerujesz?

— Nic… tylko… może by jej dobrze zrobiło. Zmiana otoczenia. Spokój. — Mówiłam to tak, jakby chodziło o jej dobro, a nie o moje zmęczenie.

— Ona ma dom tutaj — uciął.

Ale myśl już we mnie siedziała. Jak drzazga.

Zaczęłam układać plan w głowie, choć wstydzę się tego. Nie plan w stylu „pozbędę się dziecka”, tylko taki sprytny, dorosły plan: przekonać Pawła, że wyjazd do babci to najlepsze rozwiązanie. Na wakacje. Na miesiąc. Na dwa. Może potem Hania sama będzie chciała zostać dłużej.

W Polsce ludzie tak robią, prawda? Dzieci jeżdżą do babci na wieś, do cioci, „żeby odpocząć”. Nikt nie mówi głośno, że rodzice też odpoczywają.

Zadzwoniłam do Haliny. Serce mi waliło, jakbym robiła coś zakazanego.

— Pani Halino, tu Ania… — zaczęłam.

— A, Aniu, witaj dziecko. Co tam u was? Jak Hania? — Jej głos był ciepły, aż mnie to zirytowało. Bo ona mogła być ciepła przez telefon, a ja musiałam żyć z tą codziennością.

— Hania… różnie. Dużo emocji. Myślałam, że może… może przyjechałaby do pani na wakacje? Pani ma ogródek, spokój…

Zapadła cisza.

— Aniu — powiedziała w końcu Halina, wolno. — Ty chcesz, żebym ja ją wzięła, bo ty nie dajesz rady.

Zamarłam.

— Nie… to nie tak…

— Ja nie oceniam. Ja też nie byłam święta. Ale powiem ci jedno: Hania nie jest walizką, którą się wysyła, jak przeszkadza.

Te słowa uderzyły mnie w twarz. A jednak… część mnie poczuła ulgę, bo ktoś nazwał to, czego ja nie umiałam nazwać.

— Pani Halino, ja… ja się staram. Tylko ona mnie nienawidzi.

— Ona nie nienawidzi. Ona się boi. — Halina westchnęła. — Dorota ją zostawiła. A ty jesteś najbliżej. Najłatwiej uderzyć w ciebie.

Po tej rozmowie płakałam w łazience, żeby Paweł nie widział. Płakałam ze złości, z bezsilności, z poczucia winy. Bo ja naprawdę nie chciałam być zła. Ja tylko chciałam, żeby ktoś mnie w tym domu też widział.

Kilka dni później była szkolna wywiadówka. Poszliśmy we troje. W klasie pachniało kredą i mokrymi kurtkami. Wychowawczyni, pani Ewa, mówiła o Hani: że zdolna, ale zamknięta, że reaguje agresją na krytykę, że czasem siedzi sama.

— Ona potrzebuje poczucia bezpieczeństwa — powiedziała pani Ewa, patrząc na mnie dłużej, niż powinna.

W drodze do domu Hania szła kilka kroków przed nami. Paweł milczał.

— Widzisz? — powiedziałam w końcu, nie wytrzymując. — Ona się męczy. My się męczymy. Może ten wyjazd do Haliny…

— Ty ciągle o tym — syknął Paweł. — Jakbyś chciała ją oddać.

— A ty udajesz, że wszystko jest okej! — podniosłam głos. — Ja tu nie mam prawa czuć zmęczenia? Ja mam być idealna, bo inaczej jestem zła?

Hania odwróciła się nagle.

— Przestańcie! — krzyknęła. — To przeze mnie się kłócicie!

I pobiegła. Po chodniku, między ludźmi, w stronę przejścia. Serce mi stanęło.

— Hania! — Paweł ruszył za nią.

Ja też, ale nogi miałam jak z waty. Dogoniliśmy ją przy kiosku. Stała, trzęsła się, łzy leciały jej po policzkach.

— Ja nie chcę do żadnej babci — wyszeptała. — Ja już raz zostałam oddana.

To zdanie… ono mnie zabiło. Bo nagle zobaczyłam nie „obcą córkę”, tylko dziecko, które naprawdę zostało porzucone. I ja, dorosła kobieta, próbowałam zrobić to samo, tylko ładniej opakowane.

W domu Paweł zamknął się w sypialni. Ja usiadłam w kuchni, a Hania stała w progu, jakby nie wiedziała, czy może wejść.

— Haniu — powiedziałam cicho. — Ja… przepraszam.

— Za co? — zapytała, a w jej głosie było coś starszego niż ona sama.

— Za to, że myślałam o tobie jak o problemie. — Słowa paliły mnie w gardle. — Ja się bałam. Bałam się, że w tym domu nie ma dla mnie miejsca. I zamiast to powiedzieć, próbowałam… uciec.

Hania patrzyła na mnie długo. Potem usiadła na krześle, ostrożnie, jakby to było cudze.

— Mama też mówiła, że się boi — powiedziała nagle. — Że nie umie. A potem wyjechała.

Zrobiło mi się zimno.

— Ja nie wyjadę — powiedziałam, choć nie byłam pewna, czy mam prawo składać takie obietnice.

— Nie musisz być moją mamą — dodała Hania. — Ale nie rób tak, żebym czuła, że jestem… niechciana.

Wtedy zrozumiałam, że mój centralny problem nie jest w Hani. On jest we mnie: w mojej zazdrości, w mojej potrzebie kontroli, w moim wyobrażeniu „idealnej rodziny”, które nie przewidziało dziecka z raną.

Następnego dnia poprosiłam Pawła o rozmowę. Bez krzyku.

— Ja nie dam rady sama — powiedziałam. — I ty też nie. Potrzebujemy pomocy. Terapii rodzinnej. Albo chociaż konsultacji. Bo inaczej będziemy się tylko ranić.

Paweł długo milczał.

— Myślałem, że ty po prostu jej nie chcesz — powiedział w końcu.

— Czasem… nie chcę tej sytuacji — przyznałam. — Ale to nie to samo. Ja chcę ciebie. I chcę, żeby w tym domu było miejsce dla nas wszystkich. Tylko ja nie umiem.

Wieczorem Hania przyszła do mnie z zeszytem.

— Możesz mi pomóc z polskim? — zapytała, jakby to było nic.

Zamarłam.

— Tak — odpowiedziałam, a w środku coś mi drżało. — Jasne.

Nie było nagłego cudu. Nadal są dni, kiedy Hania trzaska drzwiami. Nadal są momenty, kiedy ja mam ochotę uciec do ciszy. Ale od tamtej sceny przy kiosku przestałam myśleć o babci Halinie jak o „rozwiązaniu”. Zaczęłam myśleć o niej jak o wsparciu. Może Hania pojedzie do niej na tydzień w wakacje — nie po to, żeby zniknęła z mojego życia, tylko żeby miała jeszcze jedno bezpieczne miejsce.

Czasem, kiedy Paweł zasypia, leżę i patrzę w sufit, słuchając oddechu domu. I pytam siebie: czy ja naprawdę chcę być kobietą, która walczy z dzieckiem o uwagę mężczyzny? Czy potrafię zbudować rodzinę, w której nikt nie musi udowadniać, że zasługuje na miejsce przy stole?

A wy… co byście zrobili na moim miejscu: walczyli o „spokój” za wszelką cenę, czy nauczyli się żyć z bólem, który przyniosła cudza przeszłość? Gdzie kończy się moje prawo do granic, a zaczyna obowiązek wobec dziecka, które nie prosiło o tę historię?