Powrót o poranku z posmakiem przeszłości na ustach – historia, która rozdziera serce

Wróciłam do domu o świcie. Klucz zgrzytnął w zamku, a cisza na klatce schodowej była tak gęsta, że aż bolała. W ustach czułam posmak przeszłości – nie kawy, nie papierosów, ale czegoś, co od lat próbowałam wyprzeć ze swojego życia. Stałam przez chwilę w progu, niepewna, czy wejść dalej. W salonie paliła się lampka. Na kanapie siedział mój mąż, Andrzej – blady, z podkrążonymi oczami, w dresie i starych kapciach. Obok niego leżał telefon, który przez całą noc milczał.

– Gdzie byłaś? – zapytał cicho, nie patrząc na mnie.

Nie odpowiedziałam od razu. Zsunęłam buty i weszłam do kuchni. Ręce mi się trzęsły, kiedy nalewałam wodę do czajnika. Słyszałam jego kroki za sobą.

– Znowu z nią? – dopytywał. – Z Kingą?

Westchnęłam ciężko. Kinga… Imię, które w naszym domu było zakazane. Moja pierwsza miłość, moja największa tajemnica i największy grzech.

– Tak – przyznałam w końcu. – Spotkałyśmy się na chwilę. Miała być kawa, rozmowa…

Andrzej uderzył pięścią w stół tak mocno, że podskoczyła szklanka.

– Kawa?! O trzeciej nad ranem?! Myślisz, że jestem idiotą?

Zacisnęłam powieki. W głowie miałam chaos: obrazy z przeszłości mieszały się z tym, co wydarzyło się tej nocy. Kinga pachniała tak samo jak kiedyś – bzem i czymś jeszcze, co trudno nazwać. Jej śmiech był głośny i szczery. Przez chwilę znów byłam tą dziewczyną z liceum, która wierzyła, że wszystko jest możliwe.

– Przepraszam – wyszeptałam. – Nie wiem, co się ze mną stało.

Andrzej spojrzał na mnie z rozpaczą.

– To już drugi raz w tym roku…

Zamilkł. Wiedziałam, że liczy każdą moją ucieczkę do przeszłości. Każdą wiadomość od Kingi, każdy wieczór spędzony poza domem pod byle pretekstem.

– A dzieci? – zapytał nagle. – Myślałaś o nich?

Z kuchni dobiegł cichy szelest – to nasza córka Lena stała w drzwiach w piżamie, z rozczochranymi włosami i oczami pełnymi łez.

– Mamo…

Serce mi pękło. Podbiegłam do niej i przytuliłam ją mocno.

– Przepraszam, kochanie…

Lena wtuliła się we mnie i szlochała cicho.

– Czemu się kłócicie? Czemu zawsze płaczesz po powrocie od cioci Kingi?

Nie umiałam odpowiedzieć. Jak wytłumaczyć dziecku, że czasem dorosły sam nie wie, kim jest? Że można kochać dwie osoby naraz i jednocześnie nienawidzić siebie za to?

Andrzej odwrócił się na pięcie i wyszedł z kuchni. Zostałyśmy same. Lena zasnęła na moich kolanach, a ja patrzyłam przez okno na budzące się miasto i myślałam o tym, jak bardzo wszystko skomplikowałam.

Kiedy Lena poszła do szkoły, a syn Kuba zamknął się w swoim pokoju udając, że nie słyszy naszych kłótni, usiadłam naprzeciw Andrzeja przy stole. Milczeliśmy długo.

– Chcesz odejść? – zapytał w końcu.

Pokręciłam głową.

– Nie wiem… Ja… Ja nie potrafię już być tylko żoną i matką. Czasem czuję się jak duch we własnym domu.

Andrzej spojrzał na mnie z bólem.

– A ja? Ja też jestem duchem? Dla ciebie?

Nie odpowiedziałam. W głowie miałam słowa Kingi sprzed kilku godzin:

„Gdybyś tylko wtedy nie wyjechała do Warszawy… Może dziś byłoby inaczej?”

Wtedy wybrałam studia i karierę zamiast niej. Kinga została w rodzinnym mieście, wyszła za mąż za faceta, którego nigdy nie kochała naprawdę. Spotkałyśmy się po latach przypadkiem na pogrzebie wspólnej koleżanki. Od tamtej pory nasze drogi znów zaczęły się przecinać – najpierw niewinnie: kawa raz na kilka miesięcy, potem coraz częściej… aż do tej nocy.

Wróciłyśmy do jej mieszkania po koncercie jazzowym w klubie na Pradze. Było późno, ale żadna z nas nie chciała wracać do pustych mieszkań i pustych łóżek. Rozmawiałyśmy o wszystkim: o dzieciach, o pracy, o tym, jak bardzo brakuje nam dawnych czasów.

– Pamiętasz tamten dzień nad Wisłą? – zapytała nagle Kinga.

Pamiętałam aż za dobrze: pierwszy pocałunek ukryty przed światem, śmiech i obietnice na zawsze.

– Żałujesz? – spytała cicho.

Nie odpowiedziałam wtedy i nie umiałam odpowiedzieć teraz Andrzejowi.

W domu atmosfera była ciężka jak przed burzą. Teściowa zadzwoniła po południu:

– Aniu, co się dzieje? Andrzej mówił coś o kłopotach…

– Wszystko dobrze – skłamałam automatycznie.

– Dobrze? Lena płakała przez telefon! Może powinnaś pomyśleć o rodzinie zamiast o swoich fanaberiach?

Zacisnęłam zęby. Teściowa nigdy mnie nie lubiła – uważała mnie za egoistkę i karierowiczkę. Teraz miała kolejny argument przeciwko mnie.

Wieczorem Andrzej wrócił późno z pracy. Nie rozmawialiśmy ze sobą prawie wcale. Kolacja przebiegła w milczeniu; dzieci patrzyły to na mnie, to na ojca.

Położyłam się spać obok Andrzeja jak obca osoba. On odwrócił się plecami.

– Chcesz rozwodu? – zapytał nagle w ciemności.

Zamarłam.

– Nie wiem…

Cisza była gorsza niż krzyk.

Następnego dnia Kinga napisała: „Musimy pogadać”. Spotkałyśmy się w parku pod blokiem mojej mamy. Było zimno i padał deszcz.

– Nie mogę tak żyć – powiedziała Kinga drżącym głosem. – Albo jesteśmy razem naprawdę, albo kończymy to raz na zawsze.

Patrzyłam na nią długo. Wiedziałam, że jeśli teraz powiem „tak”, stracę wszystko: rodzinę, dzieci, dom… Ale jeśli powiem „nie”, będę żyć jak cień samej siebie.

Wróciłam do domu przemoczona do suchej nitki. Andrzej siedział przy stole z walizką obok siebie.

– Wyjeżdżam do matki na kilka dni – oznajmił chłodno. – Muszę pomyśleć.

Lena wybiegła z pokoju i rzuciła mu się na szyję:

– Tato! Nie zostawiaj nas!

Andrzej spojrzał na mnie przez łzy córki:

– To nie ja was zostawiam…

Kiedy drzwi trzasnęły za nim, poczułam pustkę większą niż kiedykolwiek wcześniej. Dzieci zamknęły się w swoich pokojach; ja usiadłam na podłodze w kuchni i płakałam jak dziecko.

Przez kolejne dni żyliśmy jak automaty: szkoła, praca, zakupy… Każdy dzień był taki sam jak poprzedni. Andrzej dzwonił tylko do dzieci; ze mną nie rozmawiał wcale.

W końcu zadzwoniła mama:

– Aniu… Co ty wyprawiasz? Całe życie marzyłaś o rodzinie! Chcesz to wszystko przekreślić dla kobiety?

– Mamo… Ja już nie wiem czego chcę…

Mama westchnęła ciężko:

– Zawsze byłaś uparta jak osioł… Ale pamiętaj: dzieci są najważniejsze.

Wieczorem zadzwoniła Kinga:

– Podjęłaś decyzję?

Milczałam długo.

– Nie mogę… Przepraszam…

Rozłączyła się bez słowa.

Andrzej wrócił po tygodniu. Był zmieniony: schudł, posiwiał jeszcze bardziej. Usiadł naprzeciw mnie przy stole.

– Kocham cię – powiedział cicho. – Ale nie wiem czy potrafię ci wybaczyć…

Poczułam łzy pod powiekami.

– Ja też cię kocham… Ale chyba muszę nauczyć się kochać siebie najpierw…

Przez kolejne miesiące chodziliśmy razem na terapię małżeńską. Było ciężko: wypominaliśmy sobie wszystko, co bolało przez lata; płakaliśmy razem i osobno; dzieci patrzyły na nas z nadzieją i strachem jednocześnie.

Dziś minął rok od tamtej nocy. Nadal jesteśmy razem – choć już inni niż kiedyś. Czasem myślę o Kindze; czasem żałuję swoich wyborów; czasem jestem wdzięczna losowi za drugą szansę.

Ale jedno pytanie wraca do mnie jak bumerang:
Czy można naprawdę wybaczyć sobie zdradę własnych marzeń? Czy wy też kiedyś musieliście wybierać między sobą a rodziną?