Teść w Naszym Dwupokojowym Mieszkaniu: Od Pierwszego Dnia Nie Mogliśmy Się Dogadać
— Nie będę spał na tej rozkładanej kanapie! — głos teścia rozbrzmiał w naszym małym salonie, zanim jeszcze zdążyłam zdjąć kurtkę po powrocie z pracy. Michał stał obok, zgarbiony, jakby próbował się skurczyć i zniknąć. Antoś, nasz pięcioletni synek, patrzył na dziadka szeroko otwartymi oczami, nie rozumiejąc jeszcze, dlaczego atmosfera w domu nagle zgęstniała.
To był pierwszy dzień, kiedy pan Zbigniew — mój teść — miał zamieszkać z nami. Pięć miesięcy. Tyle miał potrwać jego pobyt, zanim wróci do siebie po remoncie swojego mieszkania w Radomiu. Mieszkanie, w którym żyliśmy od ślubu, należało do Michała, ale od początku traktowałam je jak nasze wspólne miejsce. Dwa pokoje: jeden dla nas z Michałem i Antosiem, drugi — salon połączony z kuchnią. Nie było tu miejsca na prywatność, a co dopiero na dodatkowego lokatora.
— Tato, nie mamy innego łóżka — próbował tłumaczyć Michał. — To tylko na chwilę…
— Chwilę? Pięć miesięcy to nie jest chwila! — przerwał mu teść, rzucając walizkę na podłogę. — W moim domu zawsze był porządek i zasady. Tu… — rozejrzał się krytycznie po kuchni, gdzie na blacie leżały okruchy po śniadaniu — …chyba nikt nie wie, co to dyscyplina.
Zacisnęłam zęby. Przez sześć lat nauczyłam się ignorować drobne przytyki ze strony pana Zbigniewa podczas rodzinnych spotkań. Ale teraz miał być tu codziennie. W mojej kuchni. W moim życiu.
Pierwsze dni były jak niekończąca się próba sił. Teść wstawał o piątej rano i głośno parzył kawę, budząc nas wszystkich. Krytykował sposób, w jaki gotuję zupę pomidorową („Za mało soli!”), jak Michał prasuje koszule („Kto cię tego nauczył?”), a nawet to, jak Antoś układa klocki („Za dużo bałaganu!”). Każda rozmowa kończyła się spięciem.
Pewnego wieczoru usiadłam z Michałem przy kuchennym stole.
— Nie dam rady tak dłużej — powiedziałam cicho. — On mnie nie szanuje. Nie czuję się tu jak u siebie.
Michał spuścił wzrok.
— To mój ojciec… On zawsze taki był. Ale to tylko kilka miesięcy…
— Kilka miesięcy? — przerwałam mu. — My ledwo wiążemy koniec z końcem, a teraz jeszcze on! Nawet nie pytał, czy może się wprowadzić. Po prostu postawił nas przed faktem dokonanym.
Michał milczał długo. Widziałam w jego oczach zmęczenie i bezradność. Wiedziałam, że kocha ojca i czuje się za niego odpowiedzialny. Ale ja też miałam swoje granice.
Z czasem sytuacja tylko się pogarszała. Teść zaczął komentować moje wychowanie Antosia:
— Dziecko powinno mieć dyscyplinę! Za moich czasów nikt nie pozwalał sobie na takie zachowanie!
— Panie Zbyszku, czasy się zmieniły — próbowałam tłumaczyć spokojnie. — Staramy się wychowywać Antosia bez krzyku i karania.
— I dlatego wyrośnie na mięczaka! — rzucił z pogardą.
Czułam, jak narasta we mnie gniew i bezsilność. Każdy dzień był walką o odrobinę spokoju i normalności. Nawet Antoś zaczął pytać:
— Mamo, kiedy dziadek wróci do swojego domu?
Nie umiałam odpowiedzieć.
Pewnej nocy obudziłam się z płaczem. Michał objął mnie ramieniem.
— Przepraszam… — wyszeptał. — Nie wiedziałem, że będzie aż tak źle.
— Musimy coś zrobić — powiedziałam stanowczo. — Albo on zacznie nas szanować, albo… ja nie dam rady tu żyć.
Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z teściem w cztery oczy.
— Panie Zbyszku — zaczęłam spokojnie, choć serce waliło mi jak młotem. — Rozumiem, że jest panu ciężko poza swoim domem. Nam też nie jest łatwo. Proszę… spróbujmy się dogadać. To jest dom mojego syna i męża, ale też mój dom. Potrzebuję szacunku.
Spojrzał na mnie długo, jakby pierwszy raz widział mnie naprawdę.
— Szacunek trzeba sobie zasłużyć — odpowiedział lodowato.
Wyszłam z kuchni ze łzami w oczach. Michał próbował mnie pocieszać, ale czułam się coraz bardziej samotna we własnym domu.
Zaczęłam unikać powrotów do mieszkania po pracy. Spędzałam więcej czasu z Antosiem na placu zabaw albo u sąsiadki Magdy, która widząc moją frustrację, powiedziała:
— Musisz postawić granice. Inaczej zwariujesz.
Ale jak postawić granice komuś, kto uważa się za głowę rodziny tylko dlatego, że jest starszy?
W końcu doszło do wybuchu. Pewnego wieczoru teść nakrzyczał na Antosia za to, że rozlał sok na dywan.
— Dość! — krzyknęłam wtedy ja. — To jest moje dziecko i mój dom! Nie pozwolę panu go straszyć!
Zapanowała cisza tak gęsta, że słyszałam własny oddech.
Teść spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
— W takim razie może powinienem się wynieść? — zapytał z ironią.
— Może tak będzie najlepiej dla wszystkich — odpowiedziałam drżącym głosem.
Michał długo milczał tego wieczoru. W końcu powiedział:
— Porozmawiam z nim jutro.
Następnego dnia teść zaczął pakować swoje rzeczy bez słowa komentarza. Wyjechał do znajomego pod Warszawą. W mieszkaniu zapanowała cisza, której dawno nie słyszałam.
Ale ta cisza była inna niż dawniej. Była pełna żalu i poczucia winy.
Michał przez kilka dni chodził przygnębiony. Ja czułam ulgę pomieszaną ze smutkiem i strachem o przyszłość naszej rodziny.
Czy zrobiłam dobrze? Czy powinnam była być bardziej cierpliwa? A może to on powinien nauczyć się szanować innych?
Czasem patrzę na Antosia i zastanawiam się: czy nasze dzieci muszą płacić cenę za konflikty dorosłych? Czy można być szczęśliwym w rodzinie bez stawiania granic?