Zgodziłam się zostać pełnoetatową babcią – i straciłam siebie
– Aniu, możesz dziś odebrać Jasia z przedszkola? – głos mojej córki, Marty, rozbrzmiał w słuchawce z nutą niecierpliwości. Stałam w kuchni, trzymając w dłoni kubek z herbatą, którą właśnie zamierzałam wypić na balkonie. Za oknem świeciło słońce, a ja marzyłam o chwili ciszy i kilku stronach nowej powieści. Zamiast tego poczułam znajome ukłucie w żołądku – to samo, które towarzyszyło mi od miesięcy.
– Mamo, jeszcze jedno… – dodała Marta. – Czy mogłabyś zrobić obiad? Michał wróci późno, a ja mam zebranie. Wiesz, jak jest.
Wiedziałam. Aż za dobrze. Odkąd przeszłam na emeryturę, moje życie zamieniło się w niekończący się grafik obowiązków dla innych. Byłam babcią na pełen etat – choć nikt nigdy mnie o to nie zapytał.
Nie tak wyobrażałam sobie starość. Marzyłam o podróżach do Gdańska, o długich śniadaniach na tarasie, o malowaniu pejzaży i spotkaniach z przyjaciółkami. Tymczasem codzienność sprowadzała się do odbierania wnuków z przedszkola, gotowania obiadów dla całej rodziny i prania dziecięcych ubranek.
Na początku wszystko wydawało się niewinne. Marta wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim i poprosiła mnie o pomoc przy Jasiu. „Tylko na chwilę, mamo, dopóki nie znajdziemy dobrej niani” – mówiła. Minął miesiąc, potem drugi. Niania się nie znalazła. Zamiast tego pojawiły się kolejne obowiązki: odbieranie wnuczka z przedszkola, gotowanie obiadu dla całej rodziny, pranie dziecięcych ubranek.
Mój syn, Bartek, też nie pozostawał w tyle. „Mamo, możesz wpaść do nas w sobotę? Lena ma anginę, a my musimy zrobić zakupy”. Oczywiście, że mogłam. Przecież jestem babcią na pełen etat.
Z czasem przestałam nawet pytać siebie, czy mam ochotę. Po prostu robiłam to, czego ode mnie oczekiwano. Dzieci traktowały moją pomoc jak coś oczywistego – jakby to była naturalna kolej rzeczy.
Pewnego dnia siedziałam przy stole w kuchni Marty i kroiłam warzywa na zupę dla Jasia. Usłyszałam rozmowę córki z zięciem:
– Mama świetnie sobie radzi z Jasiem. Przynajmniej nie musimy płacić za opiekunkę.
– No tak – odpowiedział Michał bez entuzjazmu. – Ale może powinniśmy jej jakoś podziękować?
– Przecież to jej wnuk! – odparła Marta z lekkim rozdrażnieniem.
Zamarłam z nożem w ręku. Czy naprawdę bycie babcią oznaczało rezygnację z własnego życia? Czy byłam tylko darmową siłą roboczą?
Wieczorem wróciłam do pustego mieszkania. Usiadłam na kanapie i poczułam łzy napływające do oczu. Nikt nie zapytał mnie, jak się czuję. Nikt nie zapytał, czy mam plany na weekend. Wszyscy zakładali, że jestem dostępna zawsze i wszędzie.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Halina.
– Aniu, czemu cię tak dawno nie widziałam? Miałyśmy przecież iść razem na nordic walking!
– Nie mam czasu… – odpowiedziałam cicho.
– Jak to nie masz czasu? Przecież jesteś na emeryturze!
Zawstydziłam się. Wstydziłam się tego, że nie potrafię postawić granic własnym dzieciom. Że pozwoliłam im wejść sobie na głowę.
W kolejnych tygodniach sytuacja tylko się pogarszała. Marta zaczęła zostawiać mi listy z zadaniami: „Odbierz Jasia o 15:00”, „Zrób zakupy – mleko, chleb, masło”, „Przypilnuj lekcji”. Bartek coraz częściej podrzucał mi swoją córkę Lenę „na kilka godzin”, które zamieniały się w cały dzień.
Pewnego popołudnia Jaś rozbił kubek w kuchni. Zaczęła płakać. Przytuliłam go i poczułam nagle ogromne zmęczenie. Nie fizyczne – psychiczne. Zrozumiałam wtedy, że nie jestem już sobą. Stałam się dodatkiem do życia moich dzieci.
Wieczorem zadzwoniła Marta:
– Mamo, mogłabyś zostać z Jasiem przez weekend? Chcemy z Michałem wyjechać do Zakopanego.
Wzięłam głęboki oddech.
– Marto… musimy porozmawiać.
– O co chodzi?
– Czuję się zmęczona. Potrzebuję trochę czasu dla siebie.
– Ale mamo! Przecież zawsze nam pomagałaś!
– Właśnie dlatego muszę odpocząć.
W słuchawce zapadła cisza.
– No dobrze… ale co my teraz zrobimy?
– Może czas poszukać niani?
Marta była wyraźnie niezadowolona. Usłyszałam w jej głosie żal i pretensję.
Po tej rozmowie przez kilka dni nikt do mnie nie dzwonił. Czułam się winna – jakbym zawiodła własne dzieci. Ale jednocześnie poczułam ulgę.
Zaczęłam powoli odzyskiwać siebie. Poszłam z panią Haliną na spacer do parku. Zapisałam się na zajęcia malarskie w domu kultury. Kupiłam bilet do teatru.
Po dwóch tygodniach zadzwonił Bartek:
– Mamo… przepraszam, że tak cię obciążaliśmy. Nie zdawaliśmy sobie sprawy…
– Dziękuję, synku.
– Może wpadniemy do ciebie na obiad? Tym razem my coś ugotujemy!
Uśmiechnęłam się przez łzy.
Dziś wiem jedno: bycie babcią to dar – ale nie można zapominać o sobie. Pomagać można tylko wtedy, gdy samemu jest się szczęśliwym i spełnionym.
Czy naprawdę musimy poświęcać wszystko dla innych? A może czasem warto powiedzieć „nie” i zawalczyć o własne życie? Co wy o tym myślicie?